Saints Row: The Third

Piaskownice nieodzownie kojarzą się z wolnością i dobrą zabawą. Do tej pory w grach określanym tym mianem zawsze do pełni szczęścia czegoś mi brakowało. Red Dead Redemption swoją historią i otwartą rozgrywką wgniatał w fotel, lecz po kilku godzinach dodatkowe wyzwania stawały się nudne i monotonne. Wzniesione przez tłumy niemal do statusu świętej relikwii Grand Theft Auto IV nigdy nie zdołało mnie do siebie przekonać, a to głównie za sprawą bohatera wyglądającego jak dresiarz. Mafia II i L.A. Noire... tu pojawia się problem. Gdy już gra zdołała mnie zaintrygować i dostatecznie wciągnąć, szybko okazywało się, że z "lepieniem babek z piasku" ma tak naprawdę niewiele wspólnego. O zgrozo, gdy teraz nad tym rozmyślam, dochodzę do wniosku, że najlepiej bawiłem się w otwartym świecie Fallout: New Vegas, który przecież w definicji z sandboxem ma niewiele wspólnego (choć w praktyce już więcej). Taki stan rzeczy utrzymywał się aż do momentu, w którym w moje łapki wpadł Saints Row: The Third.

Niektórzy przyjaciele, jak Oleg wymagają od nas specjalnego środka transportu.

Niektórzy przyjaciele, jak Oleg wymagają od nas specjalnego środka transportu.

Jeśli mieliście do czynienia z poprzednimi częściami serii zaskoczy was wiadomość, że Święci przeszli sporą metamorfozę. Nie są już tylko gangiem, przynajmniej nie w pełni tego słowa znaczeniu. Obecnie to niemal instytucja, wręcz ikona światowej popkultury, a musicie uwierzyć mi na słowo, że japońska reklamówka z pierwszej minuty gry stanowi jedynie wierzchołek komercyjnej góry lodowej. Muszę przyznać, że niezwykle przypadł mi do gustu taki wypełniony po brzegi przepychem obraz fioletowych (oficjalna barwa Świętych). Rozświetleni fleszami aparatów, rozdający na każdym kroku autografy (nawet w czasie misji), otoczeni luksusem, a nawet posiadający własną sieć sklepów z markową odzieżą. Członkowie gangu byli niczym prawdziwe gwiazdy, którymi zresztą w oczach społeczeństwa naprawdę się stali.

Wydaje wam się to zbyt idealne? Macie rację. Nie trzeba być prorokiem by wiedzieć, że za moment, według prawa Murphy'ego musi się coś... zepsuć. Wrodzona pycha, a może zbyt wygórowane ambicje sprawiają, że Święci pukają nie do tego sejfu co powinni. Chociaż pukają jest tutaj wręcz eufemizmem. Tak naprawdę fioletowi postanawiają pożyczyć od banku zbrojony, olbrzymi sejf, wspomagając się (bo przecież to takie oczywiste) śmigłowcem. Wszystko idzie jak po maśle, przynajmniej dopóki nie okazuje się, że własność należy do potężnej organizacji przestępczej, o uroczo brzmiącej nazwie Syndykat. Na domiar złego "praktykant" Świętych - aktor, który do swojej nowej roli chciał poznać od wewnątrz przestępcze życie, włącza nieopatrznie alarm w budynku. Tak impreza się rozpoczyna.

Strzelanie jest bardzo intuicyjne.

Strzelanie jest bardzo intuicyjne.

Potem jest już tylko lepiej. Nasza wesoła gromadka zostaje pochwycona i "zaproszona" na pokład lecącego w nieznane samolotu. Podniebne "negocjacje" szybko przeistaczają się w krwawą łaźnię i spektakularną ucieczkę, której pozazdrościć mogliby nawet aktorzy kultowych już filmów akcji z lat '80. Chcąc nie chcąc Święci trafiają do opanowanego przez Syndykat miasta Steelport i od razu okazuje się, że w tym nieprzyjaznym środowisku zmuszeni będą zaczynać wszystko od nowa. Ogołocone konto bankowe i brak kontaktów to jedynie nieliczne problemy, z którymi będą musieli się początkowo borykać. Największym są natomiast trzy, specyficznie wyglądające gangi. To właśnie z nimi przez większość część gry będziemy walczyć o dominację nad Steelport. Jak na Świętych przystało łatwo nie zamierzają oddać swojej fioletowej skóry. Mija niespełna pół godziny gdy wchodzimy w posiadanie jednego z najbogatszych i luksusowych apartamentów w mieście. Jest to dopiero pierwszy krok do naszej pełnej kontroli, aczkolwiek trzeba przyznać, że penthouse stanowi dla gracza soczystą marchewkę na kiju i doskonale spełnia swoje zadanie.

Gang w komplecie... no prawie, można rozbijać się aż z trzema kompanami.

Gang w komplecie... no prawie, można rozbijać się aż z trzema kompanami.

Saints Row: The Third nie uznaje zastojów. Od początku do samego końca serwuje graczom prawdziwą jazdę bez trzymanki i jeśli tylko poczujecie klimat przepadniecie pod kołami rollercoastera absurdu na wiele godzin, dni, a kto wie czy nie tygodni. Nie są to bynajmniej statystyki przesadzone bo chociaż główna linia fabularna zajmuje jedynie (w obecnych czasach aż) 10-12 godzin to łącznie ze wszystkimi zadaniami pobocznymi i wszelkiej maści atrakcjami jest naprawdę na co swój cenny czas przeznaczyć. Po spędzeniu około 40 godzin w Steelport żadnej minuty za straconą nie uważam i ciągle chcę więcej. Gra nie byłaby jednak rasowym sandboxem gdyby nie zadania poboczne (aktywności), a tych jest kilkanaście rodzajów, każda natomiast to odrębna mini-gra, przy której nie raz w konwulsjach śmiechu opuścicie swoje szczęki na podłogę. Szybko ich nie zbierzecie.

Bo jak inaczej zareagować na przepełniony przemocą i groteską teleturniej, w którym prócz pokonywania pułapek zmuszeni jesteśmy przedzierać się przez zastępy biegających z bronią maskotek? Całość w konwencji japońskiego, pstrokatego show z Profesorem Genki (wielkim, pluszowym kotem) na czele. Albo samobójczy wyścig przez miasto na atomowym quadzie, którym ot tak po prostu podpalamy nie tylko ludzi, ale również pojazdy mijane po drodze. Wyłudzanie odszkodowania poprzez samobójcze wskakiwanie pod koła, czy beztroska rozwałka czołgiem wszystkiego co się pod naszą lufę nawinie to zabawy całkiem normalne w Saints Row: The Third. Mi natomiast szczególnie spodobało się towarzystwo tygrysa w samochodzie, ale to musicie zobaczyć już na własne oczy.

Nocne Steelport prezentuje się naprawdę okazale.

Nocne Steelport prezentuje się naprawdę okazale.

Prócz wszelakich zabaw czeka też spora liczba wyzwań, szukanie znajdek oraz kradzież samochodów i zabójstwa na zlecenie. Te ostatnie są szczególnie interesujące, bo o ile skradzionym pojazdem po prostu musimy dojechać do celu (co często nie należy do łatwych zadań), tak przy eliminowaniu niewygodnych osób w Steelport musimy spełnić zawsze określony warunek. Niektóre są przednie i często wymagają główkowania. Oczywiście jako gracze mamy dostępne od ręki wszelkie podpowiedzi ale droga do celu nie jest usłana różami. Czasami trzeba po prostu wywołać burdę, innym razem przebrać się w odpowiedni strój. By zrealizować bardziej wymagające zlecenia musimy chociażby zadzwonić w odpowiednim miejscu pod odpowiedni numer lub przykładowo włączyć wskazaną stację radiową. Wszystkich zabójstw jest niespełna 40, a w połączeniu z 30 kradzieżami samochodów stanowią już liczbę imponującą.

Nie ma to jak w domu!

Nie ma to jak w domu!

Nie inaczej prezentuje się główna linia fabularna gry. Każda misja jest ciekawa i na swój własny pokręcony sposób wyjątkowa. Ich klimat (zresztą całej gry) najlepiej można określić jako połączenie Grindhouse z gangsterskim kinem Tarantino i lekką domieszką Świętych z Bostonu. To ostatnie porównanie świetnie tutaj pasuje, bo tak naprawdę pomimo wszystkich robionych przez nas nikczemnych czynów przez cały czas towarzyszy nam nieodparte wrażenie, że wcielamy się w gruncie rzeczy w bohaterów pozytywnych. Większość zadań ponadto idealnie wpasowuje się w tą konwencję. To nie my stoimy po ciemnej stronie mocy, a Świętych nie sposób z miejsca nie polubić. Prócz "Szefa", a więc naszego bohatera, któremu oczywiście możemy dowolnie zmieniać wygląd, garderobę, głos, a nawet określać pewne normy zachowań, w Saints Row: The Third występuje prawdziwa plejada ciekawych osobowości, za którymi stoją równie interesujący aktorzy użyczający swoich głosów (czasem i wizerunków). Towarzyszyć nam mogą zatem już znane z poprzednich części postacie jak Shaundi, Gat i Pierce, ale również zupełnie nowi osobnicy, których poznajemy w Steelport.

W pewnym etapie gry dorwiemy nawet motocykl z "komputera".

W pewnym etapie gry dorwiemy nawet motocykl z "komputera".

Zimos, czarnoskóry alfons ekscentryk, który przemawia do nas za pomocą modulatora głosu zamontowanego na lasce w kształcie mikrofonu, czy też wyciągnięty prosto z wrestlingowego ringu Angel, za którym stoi zresztą legendarny Hulk Hogan. Niemieszczący się w samochodzie, inteligentny olbrzym Oleg, wystraszona agentka FBI Kinzie... Burt Reynolds we własnej osobie?! Takie rzeczy tylko w Saints Row: The Third. Jeśli dołożymy do tego wszelkie fabularne twisty w stylu ataku zombie (!) i podróż do wnętrza komputera rodem z TRON (!!) otrzymamy mieszankę wybuchową. Do tego historia jak i dialogi są napisane wręcz po mistrzowsku. Wbrew pozorom wszystko idealnie do siebie pasuje i jeśli jesteście tylko w stanie zaakceptować nietypową konwencję będziecie się naprawdę świetnie bawić. Przeżyć również wam nie zabraknie, a gra niejednokrotnie zaskoczy was zwrotem akcji.

Każda piaskownica nie może obyć się bez dobrze zaprojektowanego świata/ miasta (już myśleliście, że napiszę piasku?). Nie inaczej sprawa ma się w Saints Row: The Third. Steelport może i nie jest największą metropolią jaką przyszło mi podziwiać w grach, ale całkowicie sprostało moim oczekiwaniom. Schematycznie mamy tu do czynienia z trzema całkiem sporymi obszarami, które należą do poszczególnych gangów. Jak to w sandboxach bywa, przejmowanie dzielnic odbywa się dzięki wykonywaniu zadań, kupowaniu nieruchomości, czy też rozbijaniu niewielkich grup wrogów. Zanim zdołamy zagarnąć dosłownie wszystko, czyli mapka przystroi się pięknym fioletem minie sporo czasu, jednak warto się starać bo dzięki temu prócz prestiżu zarabiamy pieniądze i zdobywamy doświadczenie. Jak wiadomo bez tych dwóch rzeczy żaden bohater gier video obyć się w dzisiejszych czasach nie może.

Pikselowy czołg - takie pojazdy są tu na porządku dziennym.

Pikselowy czołg - takie pojazdy są tu na porządku dziennym.

Razi natomiast sztuczna inteligencja przeciwników, a raczej jej całkowity brak. Tak naprawdę gdyby nie wysoki współczynnik żywotności i siła ciosu niektórych wrogów można by ich pokonać jedną ręką, będąc odwróconym od ekranu. Co prawda konwencja swoje robi i w pewnym momencie przymykamy na to oko po prostu ciesząc się dobrą zabawą, jednak chciałoby się czasami większego wyzwania. Już aktywności potrafią dać bardziej popalić (niektóre dosłownie), niż misje bezpośrednio związane z fabułą. Nie pomaga wcale fakt, że z czasem otrzymujemy umiejętności, przez które stajemy się praktycznie nieśmiertelni - ja omijałem je szerokim łukiem.

Wizualnie Saints Row: The Third nie jest majstersztykiem, ale przynajmniej nie wypala gałek ocznych i nie gotuje mózgu (to gwarantuje nam historia). Grafika jest sympatyczna, a nieco komiksowa oprawa nadaje całości specyficznego, przyjemnego dla zmysłów klimatu. Chciałoby się by nieco podciągnięto tu i ówdzie tekstury, bo pod tym względem gra nieco kuleje. Za to bardzo na plus wypadają modele poszczególnych bohaterów. Zwłaszcza tych związanych z opowieścią, bo przechodniów jest kilkanaście rodzajów na krzyż, czego zresztą w tak dużych grach uniknąć jeszcze się nie da. Wszelkiej maści pojazdy, głównie samochody cieszą oko, a biorąc pod uwagę bardzo rozbudowane możliwości tuningu nie można się do nich jakoś specjalnie przyczepić. Ortodoksyjni fani czterech kółek mogą za to narzekać na brak znanych marek. Pojazdy nie dorównują wizualnie (choć nadal uważam, że są wykonane ładnie) tym widywanym w grach typowo wyścigowych. Ale na potrzeby piaskownicy sprawdzają się rewelacyjnie i nawet osoba taka jak ja, której daleko do uwielbiania samochodów szybko znalazła kilka cacuszek. Zapomnijcie jednak o realistycznym modelu jazdy, w grze postawiono w pełni na zręcznościową zabawę i dotyczy to również prowadzenia.

Czy ja o czymś nie zapomniałem? Ach tak... spadochron.

Czy ja o czymś nie zapomniałem? Ach tak... spadochron.

Oprawa dźwiękowa zasługuje w pełni na pochwałę i należy rozpatrywać ją dwóch aspektach. Pierwszym, niewątpliwie najczęściej nam w grze towarzyszącym jest muzyka płynąca z radia. Stacji jest tym razem 8, a więc o 2 mniej niż w części poprzedniej. Za to utwory zostały posegregowane wręcz po mistrzowsku, a wykupienie przez twórców licencji na tak znane hity jak "Holding Out For A Hero" Bonnie Tyler było strzałem w dziesiątkę. Czasami aż chce się wskoczyć w środek akcji. Ciekawym pomysłem jest również stacja nadająca muzykę klasyczną i pisząc klasyczną mam tu na myśli Wagnera, Chopina i Mozarta. Wyobrażacie sobie wielką rozwałkę na ekranie, w akompaniamencie "Cwału Walkirii"? Gwarantuję, że jest to niezapomniane przeżycie "artystyczne".

Aktorzy użyczający głosów poszczególnym bohaterom wykonali kawał solidnej pracy - wielkie brawa. Nawet przez moment nie miałem poczucia sztuczności, żadna osoba nie próbowała też na siłę czegoś udawać i wymuszać. Ot po prostu wszyscy doskonale wczuli się role. Chociaż na początku byłem zaskoczony obsadzeniem Hulka Hogana w postać dużo mniejszego Angela, jednak szybko pochwyciłem bakcyla i do tej pory nie wyobrażam sobie w tym miejscu innej osoby. Niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie) jest wymienienie Elizy Dushku na Danielle Nocolett, co prawda nowa pani jako Shaundi spisała się na medal, ale mając wielką sympatię do Elizy nie mogłem przeboleć straty. Cieszy fakt, że coraz częściej w grach pojawiają się porno gwiazdy, w końcu z definicji to właśnie one są najlepszymi aktorkami, chociaż w sumie w takim razie każda kobieta zasługuje na Oskara (ach ten niesławny udawany orgazm). No ale żarty na bok. Sasha Grey zagrała naprawdę świetnie i tego jej nie odmówię, doskonale wcieliła się w postać dystyngowanej, chłodnej a przy tym nieco sarkastycznej Violi. Obsada Saints Row: The Third jest naprawdę przednia i można rzecz, że tak samo, jak gra zakręcona.

Samochody można wyposażyć w nitro.

Samochody można wyposażyć w nitro.

Jak przystało na obecną modę w tytule prócz kampanii dla jednego gracza znalazło się multi, jednak nie jest ono jakoś specjalnie godne uwagi. Co prawda wspólne bieganie po mieście naprawdę cieszy, ale poza samym miłym spędzeniem czasu i ponownym przejściu gry (tym razem w towarzystwie) tryb wieloosobowy nie oferuje po prostu niczego nowego. Ciekawym, aczkolwiek po jakimś czasie nużącym okazał się Whored Mode, który polega na wykonywaniu szeregu bojowych wyzwań i eliminowaniu nadchodzących fal wrogów. Czasami jesteśmy wyposażeni w piłę mechaniczną, czasami w fioletowe dildo i musimy sobie jakoś radzić. Ponownie, nic specjalnego a kampania i tak broni się sama.

Interesujący jest fakt, że pomimo ilości pomysłów w grę naraz wrzuconych i ich naprawdę dużej różnorodności tytuł obył się bez większych wpadek. Co nie znaczy, że nie ma sporej ilości mniejszych niedociągnięć. Na szczęście nie wypływają one szczególnie na sam przebieg zabawy i częściej wywołują śmiech niż zażenowanie. Bardzo cieszy, że każdy aspekt gry został od początku do końca przemyślany. Nie ważne czy aktualnie przerzucamy ubrania w sklepie, szukamy znajdek, czy oddajemy się wesołej zabawie wyrzutnią rakiet. Nic tu nie kuleje, po prostu nie ma prawa. Długie godziny spędzone w Steelport uświadomiły mi, że można zrobić duży tytuł bez znikających koni i łatających dziury paczek na premierę.

Świt Żywych Trupów w Saints Row: The Third.

Świt Żywych Trupów w Saints Row: The Third.

Ekipy z THQ i Volition wiedziały co chcą osiągnąć i jestem pełen podziwu dla ich nowego dziecka. Twórcy doskonale zdają sobie sprawę, że udało im się zająć pewną niszę i postanowili nie pozostawić w niej chociażby wolnego skrawka dla konkurencji. Zdecydowanie poszli w dobrym kierunku tworząc coś unikalnego, stanowiącego idealną alternatywę dla wszystkich osób znudzonych powtarzalnością gier spod znaku Rockstar. O ich pewności niech świadczy fakt, że już teraz potwierdzili trwające prace nad czwartą częścią. Jeśli więc nie straszne wam pokręcone klimaty, a wspomniane wcześniej produkcje filmowe wciągacie nosem na śniadanie, wskakujcie czym prędzej do najbliższego samolotu lecącego w stronę Steelport. Dla mnie Saints Row: The Third jest też jednym z największych zaskoczeń bieżącego roku. Już teraz zacząłem ubierać się na fioletowo, a motyw przewodni z gry zagościł na mojej komórce. Czy i ty dołączysz dziś w poczet Świętych?

Saints Row: The Third

Gatunek: TPP, gangsterka

Platforma: Xbox 360, PS3, PC

Wymagania sprzętowe: Quad Core i5 3 GHz, 2 GB RAM (4 GB RAM - Vista/7), karta grafiki 1 GB (GeForce GTX 460 lub lepsza), 10 GB HDD, Windows XP/Vista/7, łącze internetowe

Producent: Volition Inc.

Wydawca: THQ Inc.

Dystrybutor PL: CD Projekt

Data premiery (świat): 15 listopada 2011

Data premiery (Polska): 18 wrzesień 2011

Plusy:

- humor

- muzyka

- liczne nawiązania do popkultury

- zabawa

- bohaterowie

- rozbudowana kustomizacja

- Burt "Fucking" Reynolds!

Minusy:

- inteligencja wrogów

- niedoróbki

- błędy

- czasami za łatwa

Ocena końcowa: 8/10

Ps. Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej o platformie do kreowania postaci w Saints Row: The Third zapraszam do artykułu.


Zobacz również