Serious Sam

Duke Nukem powrócił? Patrząc na wygląd i cyniczne poczucie humoru głównego bohatera gry Serious Sam chciałoby się tak powiedzieć. W rzeczywistości jest nieco inaczej. Ale, poniważ premiera prawdziwego "księcia" czyli Duke Nukem Forever wciąż odsuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość, warto chyba przyjrzeć się bliżej i tej produkcji.

Serious Sam to typowy shooter z perspektywy pierwszej osoby (FPP), co jest chyba jasne, jeśli przed chwilą mowa była o Duke'u. Ach, łezka się w oku kręci... Doom a później Duke Nukem podbiły serca milionów "spragnionych krwi" graczy. Stare dobre czasy... kart graficznych nie zmieniało się co pół roku, 16 MB pamięci wystarczało w zupełności, że o procesorach nie wspomnę... Gry też były na zupełne innym poziomie. Chodziło się po różnych korytarzach takim Doomem, czy Duke'em, a potwory (no, wtedy jeszcze praktycznie "płaskie", oparte na sprite'ach) wyskakiwały z różnych miejsc prosto pod giwerę, wystarczyło nacisnąć spust (przepraszam, lewy przycisk myszki). Cały wysiłek intelektualny polegał na znalezieniu kilku kluczy którymi można było otworzyć drzwi do następnego levelu. O inteligencji komputerowych przeciwników raczej się nie wspominało... i ta muzyczka midi w tle... to był klimat!

Czy w dobie Quake'a III, Unreala, Soldier of Fortune, Half-Life, Gunman Chronicles (że wymienię tylko te tytuły, które od razu wpadły mi do głowy) można jeszcze zaproponować coś podobnego? Jak widać można...

Zacznijmy od fabuły. Otóż w dalekiej przyszłości ludzkość ma poważne problemy z wrogimi przybyszami z innej planety. Odkryto jednak, że ta rasa odwiedziła ziemię już dużo dawniej, jeszcze za czasów starożytnych Egipcjan (skądś się wzięły te piramidy, no nie?). Jako wysłannik z przyszłości zostajesz za pomocą specjalnego portalu czasowego przeniesiony do zamierzchłych czasów by w pojedynkę pokonać wstrętnych obcych, ratując jednocześnie ludzkość (przede wszystkim tę w przyszłości, co Cię obchodzą jacyś Egipcjanie...).

Mniejsza o to, bo przecież zupełnie nie o treść w tej grze chodzi. Rzecz w tym, żeby wymordować jak największą liczbę przeciwników w jak najkrótszym czasie. Zapominamy o jakichkolwiek misjach, szukaniu czegokolwiek, taktyce itp. No, czasami uciekać albo się schować trzeba, ale główne zadanie polega na przejściu z jednego końca mapy na drugi i wystrzelaniu wszystkiego co się rusza. Różnorodność i ilość potworów jest niesamowita, zdarzają się nawet takie żywcem wzięte z Dooma. Od różnego typu kolesi bez głowy (a właściwie z głową, tyle że trzymaną w ręku, a niektórzy z nich mają dla odmiany bombę i są kamikadze, ech, ten ich krzyk przyprawia o ciarki), przez małe skaczące paskudztwa (żaby?) plujące jadem, galopujące czworonożne szkielety, potworne bawoły (jak taki przywali to lecisz sobie niemal pod same chmury), ogromne skorpiony z karabinami, zielone wielorękie stwory, uskrzydlone harpie, aż po dwunogie roboty kroczące z wyrzutniami rakiet i masą innej broni, a także kilkunastometrowe giganty.... uff i tak nie wymieniłem wszystkich, tylko te bardziej charakterystyczne. Ale to jeszcze nic, atakują nas bowiem one w takich ilościach, że dawno czegoś takiego nie widziałem. Niekiedy są to setki różnych potworów, których często nie nadążamy kosić nawet z karabinu maszynowego... Jak dodam, że część biega, cześć lata, niektóre pływają, a większość z czegoś strzela lub ewentualne gryzie czy nawet taranuje, to sami rozumiecie... po prostu totalna masakra i spróbujcie tu przeżyć.

Oczywiście nie jesteśmy całkiem bezbronni, do użytku mamy tradycyjnie masę różnego rodzaju broni, od noża poczynając, przez kolta, strzelbę, wyrzutnie rakiet i granatów, a na przenośnej armacie kończąc. W najbardziej dramatycznych momentach, koleś w którego się wcielasz, typowy luzak, rzuca śmieszne (jego zdaniem) teksty, czy np. gwiżdże, zupełnie jak Duke, ale jakoś nie dorównuje mu stylem. No może śmieszna bywa na przykład sytuacja, że gdy wytacza się nagle na niego w korytarzu olbrzymi głaz, nuci sobie melodię z Indiany Jonesa (swoją drogą czy ktoś go jeszcze pamięta?). W ogóle jakoś klimat starych gier udało się zachować i momentami ma się wrażenie, że rzeczywiście zrobiono to specjalnie.

Wszystko jak w starych grach? Prawie, bo grafika (muzyka zresztą też) jest jak najbardziej nowoczesna. Jej jakość co prawda nie dorównuje tej znanej z Quake III czy Unreal Tourment (zwłaszcza tła - typu horyzont, niebo), ale możliwości engine'u są naprawdę niesamowite - co najmniej połowa akcji dzieje się na ogromnych otwartych przestrzeniach, a ilość w pełni trójwymiarowych przeciwników potrafi dojść do kilkudziesięciu na raz bez widocznej straty w prędkości gry. Oczywiście trzeba zobaczyć to w odpowiednio wysokiej rozdzielczości i najlepiej przy maksymalnie włączonych detalach, co już niestety nie pójdzie całkiem płynnie na każdym sprzęcie (ale wymagania naprawdę nie są jakieś kosmiczne). Podobno engine gry został stworzony do zupełnie innych celów, a gra napisana w ramach testu, ale tak dobrze wyszła, że postanowiono ją wydać.

Jeśli chcesz odreagować stres, wyładować nazbierane w ciągu dnia żale, to na pewno lepszym sposobem niż pójście na mecz w celu zdemolowania stadionu bądź potraktowaniu kibiców przeciwnej drużyny "basebolem" będzie rozwalenie (dla dobra ludzkości rzecz jasna) setek, czy nawet tysięcy kosmicznych potworów, nie wysilając zupełnie przy tym mózgownicy. Jak dla mnie - bardzo dobrze zrobiona strzelanka, trochę w klimacie Duke'a, w którą z przyjemnością można zagrać po ciężkim dniu w pracy. Podsumowując - dobra robota, ale bez rewelacji.


Zobacz również