Śmierć na papierze

Prawdopodobnie czytają Państwo te słowa na papierze, bo wersja internetowa jest zwykle opóźniona o jakieś pół roku, a i nie wszystko z numeru papierowego do niej trafia.

Prawdopodobnie czytają Państwo te słowa na papierze, bo wersja internetowa jest zwykle opóźniona o jakieś pół roku, a i nie wszystko z numeru papierowego do niej trafia.

Wiem, że niektórzy Czytelnicy digita publicznie dawali wyraz swemu rozczarowaniu zawartością pism komputerowych w Polsce, nasze pismo piętnując za makową przeszłość oraz brak aktualności. Dobrze, że chociaż przyznawali, iż jest to najlepsze pismo w swojej kategorii, zauważając brak interesujących materiałów u konkurencji. Jako osoba pisząca do tego pisma, wprawdzie tylko felietony, a może aż felietony, staram się trzymać rękę na pulsie i obserwować rozwój sytuacji. Nie jest ona wesoła.

Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę z faktu, że produkowanie jakiegokolwiek wydawnictwa periodycznego jest zadaniem trudnym. Proszę sobie przypomnieć te liczne gazetki szkolne lub studenckie, które wypuszczały olśniewające numery pierwsze, by po trzech kolejnych zapaść w niebyt z braku pomysłów i wytrwałości.

W przypadku komercyjnego przedsięwzięcia, jakim jest IDG Poland, nikt nie zamierza drukować czasopism, które nie przyniosą zysku. Dziś oznacza to reklamy, bo nie ma zamożnych czytelników, którzy gotowi byliby pokryć koszty produkcji płacąc pełną cenę takiego rarytasu. Nawet pisma, w których wydawałoby się nie wypada puszczać reklam, jak na przykład tygodniki kościelne, zamieszczają reklamy, bo ich wydawców też nie stać na ponoszenie bardzo wysokich kosztów produkcji.

A przecież kiedyś wymyślono czasopismo jako tanią odpowiedź na drogie książki. Pismo było drukowane na gorszym papierze, bez okładki, na ogół z czarno-białymi ilustracjami. Przyciągało nie tylko niską ceną za słowo drukowane, ale także aktualnością tego słowa. Ba, w wielu krajach pod koniec dziewiętnastego wieku pisma stały się narzędziem walki, manifestami poglądów, których w żaden inny sposób nie można było upublicznić. Na obszarze tego, co potem było wskrzeszoną Polską, słowo drukowane miało szczególne znaczenie, zaś określenie "bibuła" dziś kojarzące się z sączkiem do atramentu, wtedy oznaczało druk na papierze tak cienkim jak bibułka papierosowa. Było to ułatwienie przy przemycaniu, bo w jednej walizce można było zmieścić więcej słowa pisanego.

A potem przyszedł wieku dwudziesty z nowymi mediami i powoli zaczęła się agonia słowa drukowanego. Owszem, gazety początkowo dawały silny odpór radiu, potem zaś telewizji, bo jakość techniczna bezpośrednich transmisji była niska. To wtedy powstawały imperia takie jak Hearsta, które dzięki syndykacji artykułów umożliwiały czytelnikom w tysiącach miast i miasteczek dostęp do tego samego, najwyższej jakości słowa. Jednak walka ta od początku była przegrana. Dziś typowe dzienniki to przede wszystkim reklamy oraz ogłoszenia - wielu czytelników od razu wyrzuca je do śmietnika, przed czym redakcje bronią się, sprytnie rozmieszczając płatne informacje wśród swoich tekstów. Nie łudźmy się jednak - gazeta codzienna przeżyła swój czas.

Radio i telewizja podążają tym samym tropem. Już nawet publiczna telewizja zamieszcza reklamy i nikt przeciwko temu nie protestuje, zaś wszyscy posiadacze odbiorników muszą na mocy ustawy płacić abonament. Cóż to zresztą znaczy "publiczna"? Taka jak w określeniu "kobieta publiczna", czyli oddająca się za pieniądze, czy też taka jak w "robotach publicznych", czyli finansowanych przez państwo dla zmniejszenia bezrobocia? Na razie te "publiczne" media są miejscem, gdzie robi się interesy, zaś interesujących lub po prostu dobrych programów jest coraz mniej. Standard wyznacza komercyjny Wielki Brat, wielki sukces zbiorowego podglądactwa.

Tu pojawia się nasze, komputerowe medium, czyli internet. Piszę tę nazwę małą literą, tak jak piszemy "prasa" lub "telewizja", bo to one właśnie zostają nim zastąpione. Po co kupować gazetę, kiedy najświeższe informacje znajdziemy na sieci? Po co włączać telewizor, gdy z tego samego kabla można oglądać filmy na życzenie?

No tak, na razie jest jeszcze ograniczona oferta, ale przecież nie mam wątpliwości, że to tylko kwestia czasu nim informacje cyfrowe zdominują nasze życie. Ba, obserwuje się już interesujące trendy wieku przejściowego. Tak jak kiedyś drukowano scenariusze filmowe, a potem streszczano tasiemce seriali, tak dziś wydaje się blogi jako książki. W Polsce podobno po raz pierwszy na świecie, mamy tę przyjemność i możemy poczuć się lepiej, że znowu przodujemy.

Jakie w tym kontekście jest miejsce miesięcznika komputerowego? Myślę, że przegrane. Weźmy jako przykład ten felieton. Przecież gdybym go pisał na potrzeby strony internetowej, to dałbym kilkanaście odnośników, zaś Państwo być może zamiast czytać moje wynurzenia podążyliby tropem innych myśli i skojarzeń. Nie mam wątpliwości, że choć moja praca byłaby nieco trudniejsza, to dynamiczny efekt byłby znacznie lepszy. Wystarczy zresztą porównać teksty moich felietonów publikowane na łamach pisma Computerworld w redakcyjnej wersji internetowej bez aktywnych łączników (http://www.computerworld.pl/punkt/tatarkiewicz.html) z tymi samymi tekstami na mojej stronie (http://www.apple.com.pl/kuba/archiwum.html), bo istnieje między nimi zasadnicza różnica. Już raz mi za teksty zapłacono, więc na mojej stronie mogę je publikować bez reklam i blokad otwartych tylko dla subskrybentów CW.

Można oczywiście zapytać, jak długo będzie mi się chciało robić stronę za darmo, bez reklam, a więc i bez żadnego dochodu. Na razie nie jest to zbyt duże obciążenie, zaś firma SAD życzliwie pozwala trzymać moje strony na ich serwerze za darmo. Jak jednak dobrze wiadomo, nikt publicznie nie podaje obiadów za darmo. Podobnie ktoś kiedyś zażąda ode mnie, abym płacił za ruch, jaki generuję swoimi stronami na łączach oraz za miejsce na dyskach. Nie wiem, czy analiza ekonomiczna liczby potencjalnych reklam przekona mnie, abym dalej ciągnął tę zabawę. Podobnie piszący blogi kiedyś będą musieli pogodzić się z bannerami, migającymi przed, po oraz obok ich tekstów. Los darmowych skrzynek pocztowych oraz innych niepłatnych usług internetowych jest tu wymowny.

Już widzę oczyma wyobraźni narzekania na (płatnej) liście dyskusyjnej, że blog Bździkutkowskiego jest coraz nudniejszy i więcej w nim kryptoreklamy niż tekstu. Co wtedy nowego ludzie wymyślą? Gdybym to wiedział, to pewnie nie pisałbym felietonów...


Zobacz również