Śmierć wizjonerom

Ponoć Bata - słynny czeski producent butów - wysłał kiedyś dwóch swoich pracowników na rekonesans do Afryki.

Ponoć Bata - słynny czeski producent butów - wysłał kiedyś dwóch swoich pracowników na rekonesans do Afryki.

Obaj ledwie rozejrzeli się na miejscu, zatelegrafowali do swojego pryncypała. "Szefie, nic tu nie sprzedamy - pisał pierwszy. - Dzikusy do tej pory w ogóle butów na oczy nie widzieli". Drugi doszedł do krańcowo odmiennych wniosków: "Gigantyczny rynek! Ludzie nie mają butów, a konkurencji ani śladu". Nie wiem, który sposób wnioskowania był słuszny, ale kiedy patrzę na historię Apple'a, to widzę, że tej firmie bliższa była ta druga filozofia. Przynajmniej do czasu.

Apple od początku swojego istnienia tworzył nie tyle nowe produkty, co nowe rynki. Weźmy Macintosha, komputer osobisty "dla ludzi", Mac OS - intuicyjny system operacyjny czy Newtona, cyfrowego asystenta. To wszystko były genialne wynalazki, które budowały fundamenty społeczeństwa informacyjnego.

Ale czy ktokolwiek na serio ich potrzebował, kiedy ruszała produkcja? Apple budował ludzkie potrzeby, a na nich rynek. A jego produkty? Cóż, według Williama Kingstona, wiedza marketingowa dotyczy nie tworzenia rynku, ale tworzenia monopolu. Tu Apple zapisywał na swoim koncie więcej porażek niż sukcesów. Apple budował rynek, ale swoje produkty sprzedawali na nim inni.

Tworzenie monopolu jakoś mu się nie udawało. W zamian udawało się za to zdobywać gorące uczucia może nie tak licznych, ale lojalnych klientów.To sprzedawanie wizji, jak mi się wydaje, definitywnie się skończyło. Dokładnie nastąpiło to w momencie powrotu do firmy wielkiego wizjonera, Steve'a Jobsa. Od 1997 roku milowe kamienie w dziejach Apple'a to produkty i usługi budowane trochę na sposób Microsoftu: wziąć produkt dobrze znany na rynku, posłuchać narzekań jego użytkowników i wypuścić własną wersję, lepszą bo uwzględniającą postulaty publiczności. Najlepsze przykłady: iMac, iPod czy sklep iTunes. Wszystko to już było. Apple jedynie zrobił to lepiej.Ciekawe jest, że ten rynkowy oportunizm wcale nie powoduje zjawiska, które wydawałoby się całkiem normalne: zobojętnienia użytkowników, albo raczej pojawienia się normalnych klientów w miejsce fanów.

Jeśli przyjrzeć się pogłoskom, jakich zawsze pełno w Internecie przed każdym Macworld Expo czy konferencją deweloperów, nietrudno zauważyć, że oczekiwania były zwykle większe niż prawdziwe produkty: Apple nigdy nie zdecydował się na produkcję nowego rewolucyjnego asystenta, pierwszego komputerowego tableta, iPoda do wideo itp.

Takich rzeczy właśnie spodziewano się po firmie sprzedającej wizje albo spełniającej marzenia. I choć żaden z tych produktów nigdy nie powstał, nie widać, by fani odwracali się od Apple'a. Tak, to nie jest już Apple pełen wizjonerów, ale muszę przyznać, że mnie to wcale nie przeszkadza. I chyba nie stanowię wyjątku, choć może moja motywacja jest nieco inna niż innych.

Dlaczego dziś ludzie nadal darzą Apple'a tym samym religijnym uwielbieniem, skoro ten zerwał z wizjonerstwem?

Zamiast przełomowych technologii dostajemy rzeczy funkcjonalne i ładne. Jeśli na tych polach wypadają lepiej od konkurencji, to najczęściej wystarcza i legenda trwa. Potwierdzałyby to wyniki badań prowadzonych wśród amerykańskich nastolatków. Apple jest na czele marek, które są postrzegane jako "cool". Technologiczna wyższość czy nowatorstwo są gdzieś daleko w tle i chyba nie są nikomu specjalnie potrzebne. Apple doskonale odpowiada na potrzeby rynku, a nie próbuje go wyprzedzać czy budować.

I mnie to w zupełności wystarcza. Dzięki temu można mieć nadzieję, że rewolucyjne produkty, których sam wyczekiwałem rok, dwa albo trzy lata temu wreszcie w Apple'u powstaną, tyle że nie będą już rewolucyjne. O rozpoczęciu produkcji zadecydują inne względy niż innowacyjność. Jeśli powstanie applowski asystent cyfrowy albo tablet PC, to nie dlatego, że nikt ich do tej pory nie robił i Apple będzie chciał być pierwszy. Motywacja będzie inna: pojawią się, bo będzie już na nie popyt, a Apple stwierdzi, że będzie w stanie zrobić je lepiej niż konkurenci.

Zastanawia mnie, jak w tym wszystkim odnalazł się Jobs. Może jest spokojniejszy niż 15 czy 20 lat temu, nie musi niczego udowadniać, planuje nie jeden krok naprzód, ale pięć czy sześć. A może chce teraz walczyć z Gatesem jego własną bronią. Tak czy owak, Jobs to nie tylko wizjoner, ale i niezły sprzedawca, który mógłby wcisnąć lód Eskimosom, a Beduinom piasek. Dobrze, że sprzedaje rzeczy, których ludzie naprawdę potrzebują.


Zobacz również