Start-up - nie taki straszny jak go malują

Rzućmy okiem na nowoczesne technologie. Tam dostrzegamy kolejnego Japończyka, który doskonale radzi sobie w sieci. Yoshikazu Tanaka, Kevin Systrom, Jack Dorsey, Ben Silbermann - te nazwiska mówią coś jedynie gartsce osób śledzących informacje ze świata cybermediów. Mark Zuckerberg czy Larry Page - teraz już lepiej. Od razu wiadomo, że chodzi o specjalistów w zarabianiu na internecie.

Wszystkie wymienione osoby to ludzie młodzi, wszechstronnie wykształceni, sprawiający wrażenie, że czasem mają aż za dużo pomysłów. W ich głowach narodziły się odpowiednio projekty Instagramu, Gree, Twittera i LinkedIn, portali i aplikacji, które angażują miliony użytkowników na całym świecie. Któż nie chciałby choć na chwilę znaleźć się na ich miejscu? Mieć do dyspozycji prywatne samoloty, luksusowe apartamenty do dyspozycji we wszystkich rejonach świata, prywatne wyspy i sławę porównywalną do pozycji celebrytów.

Sukces serwisu Marka Zuckerberga w tak ogromny sposób wpłynął na życie wielu ludzi, że aż doczekał się ekranizacji. Portal społecznościowy Gree, japoński klon Facebooka, na szalenie trudnym i zaawansowanych technicznie rynku rok po roku bije konkurencję na głowę. Jego twórca, Yoshikazu Tanaka jest drugim po Zuckerbergu, najmłodszym człowiekiem na świecie, który do ogromnej, miliardowej fortuny doszedł sam. Kevin Systrom stworzył aplikację Instagram, w której umieścił filtry do cyfrowej obróbki zdjęć. Nie trzeba być specjalistą albo mieć w CV dyplom kursu fotografii, żeby szybko opanować funkcje tego programu. Dzięki intuicyjnej obsłudze, prostocie i trafieniu w marketingowy sukces nurtu lomografii, wycena Instagramu osiągnęła ponad miliard dolarów, a aplikacja stała się najdroższym zakupem Facebooka w historii. Miliard dolarów do podziału na 13 pracowników - to działa na wyobraźnię...

Te i wiele innych projektów miały wspólny początek. Wszystkie zaczynały jako tak zwane start upy. Start up z definicji to coś nowego, mniej czy bardziej rewolucyjnego, przedsięwzięcie informatyczno-internetowe, które ma wprowadzić do cyebrświata jakąś nową wartość. Zarówno Facebook jak i Instagram zaczynały jako takie projekty. Gdy Mark Zuckerberg tworzył prototyp swojego serwisu, użytkownik miał do dyspozycji jedynie porównywarkę zdjęć. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że takie klikanie w obrazki zgromadzone w kartotekach akademików, przerodzi się w machinę, której debiut na giełdzie zelektryzuje cały świat.

Aplikacja Instagram do momentu przejęcia przez FB była określana jako przedsięwzięcie, o którym jest głośno, ale które nie ma żadnego modelu biznesowego. Coraz częściej chęć odniesienia sukcesu i zarobienia gigantycznych pieniędzy w jak najkrótszym czasie staje się głównym motorem do działania dla młodych start upowców. Nie ma w tym nic złego, ale warto w przemyślany sposób pokierować swoimi działaniami, żeby taki projekt przyniósł jak największą stopę zwrotu.

Start up bowiem może być pełnowartościową inwestycją, sposobem na zarobienie o wiele większych pieniędzy niż lokata czy nawet inwestowanie w rynki wschodzące. Tylko jak odróżnić udany projekt od takiego, który nie będzie w stanie zainteresować użytkowników? Jak w porę ocenić, czy dana rewolucyjna technologia jest wystarczająco rewolucyjna, żeby zaangażować w nią spore pieniądze? Zawsze przecież można skończyć jak Nokia, która nie uwierzyła w potencjał ekranu dotykowego w porę i teraz musi borykać się z obniżeniem perspektywy ratingu swoich akcji do poziomu śmieciowego.

Start upy wymagają czegoś na kształt szóstego zmysłu, wyczucia połączonego z wizjonerstwem, intuicji Steve’a Jobsa połączonej ze sposobem kalkulowania wszystkich za i przeciw niczym najtwardsza i najbardziej nieprzejednana głowa dyrektora finansowego w jednym. Potrzeba do nich tez wiele odwagi, żeby w odpowiednim momencie postawić na swoim. Yoshikazu Tanaka, ten "drugi najmłodszy i najbogatszy" po Zuckerbergu, stworzył swój projekt hobbystycznie. Pracował wtedy w sieci internetowych sklepów Rakuten, a Gree tworzył po godzinach dla przyjemności. Nagle okazało się, że serwis przyciąga coraz więcej użytkowników i gromadzi w sobie coraz większy potencjał. Ale wiadomo, że w pojedynkę nie da się wiele zdziałać. Potrzebny jest inwestor ze sporą skłonnością do podejmowania ryzyka. Może być to fundusz venture capital, może być to tak zwany "anioł biznesu", nazwa nie ma specjalnego znaczenia. Ważne jest ulokowanie odpowiednio dużych środków, żeby z zalążka cudownego serwisu mogło wykluć się coś na miarę światowego hitu.

W przypadku Gree pierwszym poważnym inwestorem był Yoshihito Hori, inwestor venture posiadający udziały w inkubatorze Netage. Warto obserwować takie wylęgarnie pomysłów, bo to z nich przeważnie biorą się ci najlepsi. Hori docenił poważny biznes plan serwisu, stwierdził, że to wszystko ma ręce i nogi i że może w niedługim czasie zacząć przynosić pieniądze. Zainwestowane 3,6% wartości Gree, przyniosło po 5 latach 100-krotne przebicie pierwotnej inwestycji. YouTube miał pierwsze biuro w garażu, gdy znalazł się pierwszy anioł biznesu dostrzegający potencjał w tym przedsięwzięciu. Podobnie w przypadku Facebooka - inwestycja Seana Parkera, założyciela serwisu Napster, okazała się kluczowa dla dalszego powodzenia projektu.

Sean Parker zaoferował Zuckerbergowi także coś więcej niż tylko pieniądze. Usystematyzowane podejście do biznesu i możliwość przekształcenia projektu w konkretną internetową rzeczywistość. Gdy intuicja podpowie nam, że to właśnie ten start up ma potencjał i podpiszemy odpowiednie dyspozycje do przelewów, wtedy warto dopracować model biznesowy. Jeżeli inwestycja ma być rewolucyjna, nie można stosować do niej utartych schematów, ale wiadomo, że na końcu działania przedsięwzięcia muszą pojawić się zyski. Warto do projektu ściągnąć jak najszybciej dużego inwestora, najlepiej wielką korporację. Gree po pierwszym zastrzyku finansowym sprzedało 7% akcji japońskiemu telekomowi KDDI. Facebook miał za takiego partnera Microsoft. Gdy już wszystko zacznie się kręcić, można tylko dbać o odpowiedni poziom nieawaryjności systemu, zapewniać skalowalne serwery i czekać na oferty przejęcia.

Tak właśnie stało się z YouTubem (kupiony po półtora roku na rynku przez Google za 1,65 miliarda dolarów; po drodze jego właściciel zdobył także tytuł "Człowieka roku 2006" magazynu Time), Instagramem (miliard dolarów od Facebooka w kwietniu bieżącego roku), czy aplikacją Draw Something (nowe, cudowne dziecko z App Store i Google Play, zyskujące użytkowników w tempie 1 miliona dziennie przez pierwsze 50 dni, kupione po chwili przez giganta gier społecznościowych Zyngę za 180 milionów dolarów). Takie przykłady można by mnożyć bez końca.

Czasami do powodzenia inwestycji w start up przydaje się czynnik całkowicie losowy, mianowicie przeżycie jakiejś tragedii. Doświadczenie pełniące rolę katharsis, oczyszczenia rodem z klasycznej greckiej tragedii, sprawia, że z większą odwagą dokonuje się biznesowych wyborów. Tak stało się z twórcą wspominanego internetowego giganta Rakuten, w którym pracował Yoshikazu Tanaka (ten drugi po Zuckerbergu…). Hiroshi Mikitani po stracie dwóch członków rodziny stwierdził, że nie będzie odkładał założenia biznesu, ponieważ jego szansa na sukces może się już nie powtórzyć. Obecnie Rakuten wart jest ponad 14 miliardów dolarów.

Po katastrofie w Fukushimie dostrzega się w lokalnych społecznościach pomysłowość wynikającą z tego, że trzeba szukać nowych metod zarabiania pieniędzy. Analitycy rynku z przekonaniem mówią, że kolejny sukces na miarę Sony czy Hondy powstanie właśnie na terenach dotkniętych kataklizmem. Ten wniosek napawa optymizmem, bo z powrotem do normalnej działalności gospodarczej na zrujnowanych terenach jest bardzo ciężko.


Zobacz również