Świat blogo-sławiony

Zapewne większość Czytelników digiśa do pracy zawodowej używa myszy oraz jej wariantów: pulpitu z rysikiem, odwróconej, czyli trackballa, lub manetki, czyli joysticka. Nawet sama mysz zyskała ostatnio kilka wariantów, wśród nich wersję pionową (polecaną tym, którzy mają bóle zapaleniowe ścięgien), bezprzewodową, trójwymiarową oraz siedmioprzyciskową, tak jakby makowy, klasyczny jeden zupełnie już nie wystarczał. Ta różnorodność komputerowych narzędzi wejściowych nie powinna nikogo jednak zaskakiwać, bo przecież emulują one setki, ba - tysiące różnych urządzeń, począwszy od piórka i pędzla, a skończywszy na wyrafinowanych pokrętłach stacji do montażu materiałów audio i wideo. Wszystko dlatego że komputer jest urządzeniem zastępczym w każdej już niemal dziedzinie profesjonalnej twórczości. Z wyjątkiem jednej.

Zapewne większość Czytelników digiśa do pracy zawodowej używa myszy oraz jej wariantów: pulpitu z rysikiem, odwróconej, czyli trackballa, lub manetki, czyli joysticka. Nawet sama mysz zyskała ostatnio kilka wariantów, wśród nich wersję pionową (polecaną tym, którzy mają bóle zapaleniowe ścięgien), bezprzewodową, trójwymiarową oraz siedmioprzyciskową, tak jakby makowy, klasyczny jeden zupełnie już nie wystarczał. Ta różnorodność komputerowych narzędzi wejściowych nie powinna nikogo jednak zaskakiwać, bo przecież emulują one setki, ba - tysiące różnych urządzeń, począwszy od piórka i pędzla, a skończywszy na wyrafinowanych pokrętłach stacji do montażu materiałów audio i wideo. Wszystko dlatego że komputer jest urządzeniem zastępczym w każdej już niemal dziedzinie profesjonalnej twórczości. Z wyjątkiem jednej.

Kiedy siadłem do pisania felietonu, słońce jakoś tak przeświecało przez firanki, że ujawniło okropne pobrudzenie klawiatury, przyczepionej do mego laptopa. Jestem staroświecki i jeśli nie muszę, to wolę klepać w klasyczne guziki, a nie w ich namiastkę, wepchaną na siłę w cienką obudowę, co kończy się tzw. dotykiem trupa, czyli brakiem jakiegokolwiek odczuwania procesu pisania. Nawet jednak klawiatury, zaprojektowane dla komputerów stacjonarnych, też już nie mają owego miłego dla ucha klekotu, jakże charakterystycznego dla starych produktów firmy IBM. Mają za to, co bezlitośnie ujawniło słońce, białe klawisze, brudzące się nawet wtedy, gdy nikt ich nie dotyka, co najlepiej widać na najwyższym rzędzie z oznaczeniami F-coś-tam. Czyszczenie powierzchni klawiszy wcale nie jest operacją prostą, bo przecież nie można wszystkiego spryskać płynem do mycia naczyń. Ci, którzy próbowali takiej metody, wiedzą już, jak trudno jest osuszyć przestrzeń pod klawiszami. Osobiście odkryłem, że zastosowanie mokrych ściereczek, przeznaczonych dla dziecięcych pupek, łatwo pozwala usunąć brud i odsłonić małe wypukłości na klawiszach z literami "F" oraz "J".

Niestety, żadne czyszczenie nie przywróci oryginalnego blasku klawiaturze, której szalony projektant nadał kolor śnieżnobiały. Ten sam, który to białe rozpasanie umieścił w przezroczystej podstawie. Przezroczystej, jakby nie mógł pozostać przy białym. Skutek jest taki, że gdy podjadam orzeszki ziemne, to niewielkie kawałeczki wysuszonej skórki dostają się w nieubłagany sposób do środka klawiatury, skąd w żaden sposób nie da się ich usunąć. Wiem dobrze z doświadczenia, bo próbowałem wszystkiego, łącznie z dmuchaniem sprężonym powietrzem w odwróconą do góry nogami klawiaturę. Natomiast rozbieranie obudowy, nawet jeśli się ma specjalny śrubokręt sześciokątny, zwykle kończy się jej uszkodzeniem. Zdecydowanie nikomu NIE polecam! A przecież wszyscy, nawet wspomniani powyżej artyści myszykul oraz pokręteł, potrzebujemy klawiatur. Czystych!

Być może rewolucja komputerowa kiedyś doprowadzi do przysłowiowego już biura bez papieru. Dziś nie ma wątpliwości: komputer plus Internet równa się władza grafomanów! Piszemy wszyscy, bo klawiatura stała się największym wyrównywaczem społecznym, znacznie skuteczniejszym niż rewolwer marki Colt na Dzikim Zachodzie. Każdy może napisać dowolną rzecz nie tylko dla siebie i ewentualnie dla bezpośredniego adresata. Dzięki poczcie elektronicznej można rozesłać wypociny w setkach egzemplarzy za pomocą jednego kliknięcia myszą. Ba, można to uczynić anonimowo, bez konieczności wycinania literek ze starych gazet lub pisania lewą ręką. Jakby tego wszystkiego było mało, każdy kto ma dostęp do Internetu, może złote myśli rzucać przed wieprze, to jest chciałem napisać: przed innych odwiedzających fora dyskusyjne. Perełki pojawiają się wszędzie.

Istnieje specyficzna dziedzina twórczości cyfrowej, o której na łamach naszego czasopisma nie powinniśmy zapominać, choć podobno jeden obrazek wart jest tysiąca słów. Tymczasem tysiące, nawet miliony ludzi cały czas tworzy blogi, udostępniając je każdemu, kto chce i potrafi je odnaleźć. Dziś piszą wszyscy: np. żona noblisty o przywiązaniu do komputerów Macintosh http://betsydevine.weblogger.com/2005/04/19 , masoni o braciach i lożach http://dmdj.kofu33.org/bblog.html , zaś cykliści blogują skutecznie, bo mają szablony http://homepage.mac.com/torgo/Mac%20Stuff/Pages/BikeBlog.html . Nb. wpisanie hasła "blog" w Google daje około ćwierć miliarda odnośników, a przecież słowo to weszło do języka codziennego w ostatnich kilku latach. Dla porównania słowo "art" daje tylko pół miliarda referencji. Żadna inna forma twórczości ludzkiej nie wykazuje takiego wykładniczego wzrostu jak blogowanie. Może dlatego że blogowanie jest łatwe. Nie wiem jednak, czy jest sztuką. Wg mojej definicji, podanej swego czasu na łamach Digita, skoro nie bloguję, to nie mam prawa twierdzić inaczej.

Blogowanie jest zasadniczo odmienne od procesu pisania. Przede wszystkim, ze względu na medium, artysta może zapomnieć o błędach. Dobrze pamiętam dyskusje ze starymi dziennikarzami, przyzwyczajonymi do pisania od razu na czysto, bo w redakcji dziennika nie było czasu na poprawianie stylu przez korektę. Siadało się do maszyny do pisania, klepało kartkę lub dwie, które natychmiast były dostarczane na skład i już były na kolumnach. Muszę się przyznać, że nie potrafię tak pisać. Wprawdzie zaczynałem karierę pismaka na starej maszynie Łucznik, ale była to mordęga. Dopiero najprostszy program edycyjny pozwolił jeszcze w trakcie pisania usuwać powtórzenia, szlifować styl i poprawiać literówki. O te ostatnie toczyłem z kolegami wojny, uważając, że cofanie się, aby usunąć błąd, wcale nie przerywa procesu tworzenia. Przyznam się też, że z tego samego powodu ciągle jeszcze piszę dwoma palcami, ale - niestety - nie potrafię myśleć tak szybko, aby warto było nauczyć się klepać wszystkimi dziesięcioma.

Dziś do blogowania przymierzają się poważne firmy, bo podobno kiedy pracownik wyleje swoje frustracje, to jest bardziej wydajny. Inni twierdzą, że blogowanie jest panaceum na brak komunikacji między ludźmi. Ekstremiści widzą w blogach odbicie prawdziwego świata, nieskażonego i dziewiczego. Jakkolwiek jest, każdy blog zaczyna się od klepania. Choć technologia dogania także blogerów, którzy zaczynają nagrywać swoje myśli i rozpowszechniać je jako pliki audio. Czyżby powoli następował zmierzch klawiatury? Nie wiem, właśnie wystukałem "N", "I", "E"...


Zobacz również