Sztuka sztuki

Będąc ostatnio w Warszawie zahaczyłem o Muzeum Narodowe, aby obejrzeć wystawę grafik Dürera. Ten artysta z przełomu piętnastego i szesnastego wieku za pomocą bardzo prostej techniki rytowania drewna lub miedzi potrafił uzyskać efekty, które jeszcze dziś, po pięciu wiekach, budzą szacunek. Przede wszystkim dla kunsztu ilustratorskiego, dbałości o detale, umiejętności skrótu myślowego.

Będąc ostatnio w Warszawie zahaczyłem o Muzeum Narodowe, aby obejrzeć wystawę grafik Dürera. Ten artysta z przełomu piętnastego i szesnastego wieku za pomocą bardzo prostej techniki rytowania drewna lub miedzi potrafił uzyskać efekty, które jeszcze dziś, po pięciu wiekach, budzą szacunek. Przede wszystkim dla kunsztu ilustratorskiego, dbałości o detale, umiejętności skrótu myślowego.

Widać to szczególnie dobrze na świetnie zorganizowanej wystawie, gdzie w kilku przypadkach udało się organizatorom zestawić oryginały Dürera z kopiami innych grafików z epoki. Te ostatnie są jakby szare, pozbawione szczegółów, powiedzielibyśmy na pierwszy rzut oka, że bez polotu, że to są właśnie kopie.

Z bardzo ogólnikowego życiorysu artysty wiadomo, że żadnych poważnych szkół nie skończył, był w gruncie rzeczy przysposobiony do zawodu w warsztacie ojca, a potem w trakcie podróży po Europie w różnych miejscach podpatrywał, jak się robi sztukę. W rezultacie przez całe niezbyt długie życie (tylko 59 lat) utrzymywał siebie oraz rodzinę produkując sztukę, wykonując kilkaset rycin i nawet publikując książkę o praktycznej geometrii.

Nie mam żadnej wątpliwości, że to, co tworzył Dźrer, to była sztuka przez duże S. Nie ma tych wątpliwości zresztą chyba nikt, bo norymberski mistrz jest wymieniany w każdym podręczniku sztuki późnego renesansu lub ogólniej, w każdej historii sztuki.

A jednak, z perspektywy dzisiejszych czasów można zapytać, czy to jest sztuka? No bo przecież za pomocą komputera oraz montażu zdjęć zrobionych elektronicznie można osiągać efekty końcowe znacznie przewyższające nie tylko twórczość Dürera, ale w gruncie rzeczy każdego artysty z przeszłości. Kiedy zastanawiałem się nad tym prostym pytaniem, co to jest właściwie sztuka, sformułowałem na własny użytek definicję operacyjną, która w każdym razie mnie pozwala bez wahania zaklasyfikować produkcje innych do dwu klas: sztuki i niesztuki. Otóż wszystko, czego nie potrafię zrobić, jest dla mnie sztuką, zaś wszystko co potrafiłbym, być może po pewnym okresie próbowania, sztuką nie jest.

Znajomy grafik, dla mnie z pewnością artysta tworzący sztukę, bo w żaden sposób nie potrafiłbym zrobić tego, co on robi, początkowo żachnął się na moją definicję. No, bo jakże to tak, czy każdy ma mieć inną sztukę? Przecież dla niego, człowieka, który potrafi zrobić wspaniałe grafiki, ta definicja oznaczałaby, że sztuki na świecie jest bardzo niewiele

bo większość produkcji malarskich potrafiłby sam odtworzyć. Myślę, że to jest właśnie potęga tej definicji, jakby regulująca poziom dla każdego konsumenta, a jednocześnie stawiająca nam różne wyzwania. Próbując przeskoczyć swój własny próg możliwości, stajemy się artystami. Jak powiedział Norwid, artystą się nie jest, artystą się bywa (myślał o poetach, ale pasuje to do każdego rodzaju twórczości).

W trakcie tego samego pobytu w Warszawie wpadła mi w ręce pocztówka ze zdjęciami nagich starszych panów. Bynajmniej nie zachęciła mnie ona do odwiedzenia Zachęty i obejrzenia kolejnej skandalizującej wystawy pani Katarzyny Kozyry. Cóż to bowiem za święto wiosny, które polega na pokazywaniu przyrodzenia? Czy każde dziecko, które bez oporów rozdziewa się, jest artystą? Z punktu widzenia mojej definicji sztuki te wszystkie udziwnienia, którymi podpiera się artystka, w żaden sposób sztuką nie są. Mogę zgodzić się, że świadczą o wyobraźni i to raczej skrzywionej, ale nie o artyzmie. Bowiem co zostanie z tych wszystkich piramid i łaźni za pięćset lat? Nie mam wątpliwości, że nic! Nikt nie będzie pamiętał wydarzeń artystycznych, których jedynym celem było zwrócenie uwagi na siebie. Krytycy sztuki żyją z pisania o takiej "sztuce", więc każdy nawet najmniejszy skandalik jest dla nich okazją do skomentowania i zaistnienia. I tak kręci się maszyna medialna. Ale sztuka to nie jest.

Szczególnie dobitnie o upadku sztuki graficznej i malarskiej można przekonać się oglądając wczesne prace Picassa. Otóż ten mistrz pokrzywionych portretów potrafił jeszcze jako dziecko rysować wspaniałe konterfekty ludzi z otoczenia. Dziś czasami mam wrażenie, że cokolwiek ktokolwiek namaże, jest już uznawane za sztukę, bo brak właśnie prostego i klarownego kryterium wyróżnienia. Szczególnie dla artystów posługujących się komputerem.

Bo przecież komputer to takie meganarzędzie, które pozwala każdemu na przedstawianie swojej wizji rzeczywistości, nawet jak się nie umie rysować. W mojej definicji brak jest elementu nowości, czyli rozróżnienia między twórczością i odtwórczością. Ale przecież tematy, które interesowały Dürera, były też inspiracją dla innych w jego czasach. A więc to nie pomysł narysowania jakiejś alegorii jest wyróżnikiem sztuki, tak jak nie jest nim pomysł pokazywania starczej nagości. Na świecie jest tak dużo ludzi, którzy zajmują się tworzeniem, że każdy pomysł kiedyś ktoś już wykorzystał.

Myślę, że poza częścią utylitarną sztuki, a więc tymi wszystkimi projektami, które są robione, bo ktoś potrzebuje okładki, nalepki, znaku, reklamy, jest jeszcze cały dziewiczy rezerwuar sztuki niepoznanej i niewymyślonej.

Z mojego punktu widzenia jest on niedostępny. Czy także dla Państwa?!

<hr size="1" noshade>Kuba Tatarkiewicz dziennikarz komputerowy i lokalizator czcionek, użytkownik Maców od 1985 roku. Obecnie pracuje jako szef grupy komputerowej w Laboratorium Fizyki Jądrowej Uniwersytetu MIT.


Zobacz również