Tak złe, że aż dobre

Świat zombi, mutacji biologicznych, niebezpiecznych kefirów, świat, w którym wnętrzności kolejnych ofiar mieszają się z plazmą obcych cywilizacji, a jedynymi wybawcami są mistrzowie wschodnich stylów walki, kowboje, życzliwe ludzkości stwory - oto pokrótce świat kina B.

Świat zombi, mutacji biologicznych, niebezpiecznych kefirów, świat, w którym wnętrzności kolejnych ofiar mieszają się z plazmą obcych cywilizacji, a jedynymi wybawcami są mistrzowie wschodnich stylów walki, kowboje, życzliwe ludzkości stwory - oto pokrótce świat kina B.

Austriacki filozof Ludwig Wittgenstein przyznał, że sam czasami potrzebuje obejrzeć film klasy B, aby się skupić. Oglądając zły film, można bez wyrzutów sumienia skoncentrować się na jednym punkcie, nie zważając na nic. Słaba realizacja, treść eksploatująca jeden wątek, przewidywalność zdarzeń sprawiają, że filmy klasy B nie są pozbawione uroku. Dlaczego tak się dzieje i co to ma wspólnego z technologią DVD? Wszystkich tych, którzy są zainteresowani, gorąco namawiam do odwiedzenia tego przerysowanego świata.

Geneza świata B

Cóż za ironia losu, że klasa B w kinie zawdzięcza swe narodziny wielkiemu kryzysowi lat trzydziestych. W tym ciężkim dla Stanów Zjednoczonych okresie studia filmowe znalazły receptę na tanią rozrywkę. Stały się nią filmy niskobudżetowe, kręcone przy okazji wielkich produkcji. Bilety na filmy B były dwukrotnie tańsze od tych na produkcje klasy A. Wraz z zakończeniem kryzysu wytwórnie straciły zainteresowanie swoim ułomnym dzieckiem. Sytuację tę wykorzystały nowe firmy jak Monogram czy Republic. Zajęły się głównie produkcją westernów. Grał w nich między innymi John Wayne. Najwspanialszy filmowy kowboj Ameryki brał udział w schematycznych widowiskach opartych na strzelaninie i jasnym podziale ról na dobrych i złych. Wiele lat później zjawisko to można było zaobserwować w Europie, gdzie nastąpiła eksplozja włoskich produkcji spod znaku spaghetti westernu. Jednakże kino B nie ograniczyło się do Dzikiego Zachodu. Wręcz przeciwnie powoli od niego odchodziło przenikając do innych gatunków filmowych. Najlepiej odnalazło się w horrorze, science fiction i erotykach. Na popularyzację tych produkcji, wpłynęła również następująca era telewizji.

Samotność długodystansowca

Tim Burton w 1990 roku zrobił "Edwarda Nożycorękiego", piękną opowieść o samotności wynikającej z inności. Cztery lata później nakręcił "Ed Wooda", film o najgorszym reżyserze wszechczasów, pośmiewisku Hollywood, kultowej postaci kina B. Edward D. Wood Jr. urodził się w 1924 roku. Trzydzieści lat później zrobił pierwszy poważny krok w swej reżyserskiej karierze, a był nim film o problemach tożsamości seksualnej zatytułowany "Glen czy Glenda". Tematyka podyktowana skłonnościami samego reżysera nie spotkała się z uznaniem publiczności, a tym bardziej dystrybutorów. Film grany w podrzędnych kinach, powrócił do nich w latach osiemdziesiątych, kiedy prawa do niego wykupiło Paramount Pictures. Został też wydany na DVD w regionie 1. Jest jednym z czterech tytułów kolekcji pod wdzięcznym tytułem "The worst of Ed Wood" ("Najgorsze Ed Wooda"). Pozostałe trzy to "Jail Bait" - zlepek klasycznych wypowiedzi filmowych, "Narzeczona potwora" - jedyna zyskowna produkcja i "Plan 9 z kosmosu", który przeszedł do historii kina jako najgorszy film wszech czasów. Ten ostatni został wydany w regionie 2. Czym zyskał sobie miano najgorszego? Między innymi tym, że "zagrał" a może raczej pojawił się w nim nieżyjący Bela Lugosi. Jak nakręcono film bez największej gwiazdy? Edward miał trochę nagranego materiału z Lugosim. Wykorzystał go w filmie, pozostałe kwestie zagrał mężczyzna w pelerynie, zakrywający twarz rękawem. Ten fakt i delikatnie rzecz ujmując szwankująca realizacja sprawiły, że "Plan 9 z kosmosu" został uznany najgorszym filmem wszech czasów. Był to przysłowiowy gwóźdź do trumny w karierze Ed Wooda. Wyklęty z Hollywood, wyśmiany, skończył jako alkoholik i reżyser filmów pornograficznych.


Zobacz również