Trochę clubbingu, trochę shoppingu

Zastanawiam się, co bym odpowiedział, gdyby Apple zgłosił się do mnie z prośbą o poradę, czy otworzyć w Polsce firmowy sklep Apple Store, czy nie?

Zastanawiam się, co bym odpowiedział, gdyby Apple zgłosił się do mnie z prośbą o poradę, czy otworzyć w Polsce firmowy sklep Apple Store, czy nie?

Przecież w Polsce normalni ludzie nie kupują Maców. Ale skoro nikt ich nie kupuje, to być może pomysł z otwarciem sklepu wcale nie jest niedorzeczny.

Apple zaczął tworzyć sieć własnych sklepów dwa i pół roku temu. Dziś ma ich siedemdziesiąt kilka: wszystkie (z wyjątkiem ostatnio otwartego salonu w Tokio) w Stanach.

Sklepy Apple Store nie są zwykłymi sklepami, tak jak i Mac nie jest zwykłym komputerem. Służą nie tylko sprzedaży kolejnych pudeł, ale - być może przede wszystkim - pokazywaniu technologii w akcji. To zaprzeczenie wszystkiego, co można zobaczyć w jakimś naszym Media Markecie, gdzie stoją pudła z komputerami i kartkami, na których jakiś bystrzacha wyliczył, jaki jest w środku procesor, jaki dysk i ile pamięci. Apple Store nie sprzedaje tak naprawdę komputerów, ale wizję, do czego mogą się przydać.

Apple od kilku lat promuje Maca jako digital hub, czyli centrum łączące różne urządzenia cyfrowe. W firmowych salonach widać doskonale, czym jest takie centrum i jak bardzo może ułatwić korzystanie z rozmaitych technologii, odmienić nasze przyzwyczajenia i upodobania, a może nawet odmienić styl życia. Tu można przyjść nie tylko po towar, ale po inspiracje, pomysły i porady, bo w sklepach są działy, które dokładnie tym się zajmują. Ba, tu można przyprowadzić dzieci, bo w wielu salonach są wydzielone działy dla nich, w których mogą bawić się ile wlezie wszystkim, co dla nich wymyślono i co tylko ma jakiś związek z tym, co robi Apple.

Sklepy Apple Store doskonale budują to, co w Stanach określa się Macintosh community, czyli społeczność Macintosha. Do takiego sklepu można przyjść nie na zakupy, ale by spotkać ludzi o podobnych zainteresowaniach i po prostu z nimi pogadać.

Sklepy Apple'a to dziś także ciekawe zjawisko kulturowe, które samo w sobie zaczyna ludzi interesować, które obserwują i analizują. Wystarczy spojrzeć na strony http://www.ifoapplestore.com, czyli In Front of Apple Store (przed sklepem Apple'a), tworzone przez i dla ludzi, którzy pojawiają się na otwarciu wszystkich kolejnych sklepów, spędzając noce przed ich wejściami. Nie brak i takich, którzy przemierzają tysiące kilometrów, aby ustawić się przed sklepem 20 godzin przed otwarciem po to, by zająć pierwsze miejsce w kolejce. To oczywiście przypadki bliskie patologii, ale otwarcia kolejnych sklepów przyciągają tłumy.

Nawet w kraju, który ma tak bogate tradycje w tworzeniu społecznych list kolejkowych jak Polska, nikt nie widział takiej kolejki, jaka ustawiła się w Tokio w dniu otwarcia pierwszego japońskiego sklepu Apple'a. Karnie stało w niej chwilami nawet 2500 osób. Ciągnęła się przez 10 przecznic - mniej więcej na kilometr (jeśli ktoś ciekaw, jak wygląda prawdziwa - i zdyscyplinowana! - kolejka, można zobaczyć na http://homepage.mac.com/masanorif/iMovieTheater23.html ).

W efekcie pierwszego dnia tokijski sklep Apple'a odwiedziło 8000 ludzi.

Ciekawe, że przy tym wszystkim applowskie sklepy zarabiają na siebie. W drugim kwartale tego roku przyniosły zysk 1 mln dolarów. To nie są zawrotne sumy, ale pamiętajmy, że Apple nie jest siecią handlową i jego biznes leży gdzie indziej. Własne sklepy miały jednak w tym okresie ponad 10-procentowy udział w całej sprzedaży Apple'a, a to naprawdę dużo. Dla swoich sklepów firma musiała wyprodukować całą masę towaru. Zysk na tej części produkcji przekroczył 35 mln dolarów. I to już jest prawdziwy interes.

Czy w takim razie sklep Apple'a mógłby ruszyć w Polsce?

Trudno byłoby znaleźć odpowiednio prestiżowe miejsce, gdzie w sąsiedztwie działają butiki Vuittona, Bvlgari, Gucciego czy Prady (no, chyba że wystarczyłby Arkadius).

Jako przedsięwzięcie handlowe sklep poniósłby zapewne spektakularną klapę, bo jak się rzekło, trudno u nas zaobserwować jakiś szczególny run na Macintoshe, a i iPody w cenie 1800 zł za najtańszy, 10-GB model, też nie idą jak woda. Za to na pocieszenie jakaś kolejka mogłaby się z okazji otwarcia ustawić (zwłaszcza jeśli przy okazji - jak to jest w zwyczaju - rozdawano by koszulki czy kubki). Ale jako przedsięwzięcie towarzyskie, coś na kształt klubu, mógłby się sprawdzić znakomicie.

Paru dyskutantów, którzy wpadaliby pogadać, zawsze by się znalazło.


Zobacz również