Urawniłowka z komputera

Każdy, kto używa komputera trochę dłużej, lubi myśleć o sobie: power user. Robię rzeczy tak skomplikowane, że dla mnie nie ma czegoś takiego jak nadmiar mocy. Z najmocniejszego komputera wycisnąłbym wszystko.

Każdy, kto używa komputera trochę dłużej, lubi myśleć o sobie: power user. Robię rzeczy tak skomplikowane, że dla mnie nie ma czegoś takiego jak nadmiar mocy. Z najmocniejszego komputera wycisnąłbym wszystko.

Ale to komputer jest kulą u nogi w mojej robocie.

Przynajmniej ten, który mam. Prawda jest jednak inna. I może najwyższy czas porzucić marzenia o wydajniejszych komputerach. Przynajmniej takich, jakie do tej pory znamy.

Wzrost wydajności komputerów ciągle osiągany jest w jeden sposób: przez wzrost prędkości poszczególnych układów. Problem w tym, że przyrost wydajności nie jest proporcjonalny do wzrostu prędkości, powiedzmy, procesora. Wzrost wydajności osiągany w pracy z poszczególnymi programami to tak naprawdę margines tego, co uzyskuje się przez zwiększenie prędkości podzespołów.

Większość zżerana jest przez rozrastający się system, programy pączkując o nowe, choć nikomu specjalnie niepotrzebne funkcje, czy w końcu przez sam hardware (zarządzanie pracą baterii czy chłodzeniem procesora też w końcu zabiera jakąś część mocy).

Oczywiście, wzrost prędkości przynosi pewien postęp.

System ma coraz wymyślniejsze funkcje, programy coraz więcej możliwości, jednak to co zostaje dla użytkownika jako większa wydajność, to za mało. Paradoksalnie, przyczyną takiego stanu rzeczy jest w jakiejś mierze rosnąca konkurencja.

Producenci programów usiłują zdobyć przewagę nad swoimi rywalami, rozbudowując swoje aplikacje o nowe funkcje. Każdy z nas ma pewnie ulubione narzędzie, którego używa od lat. Przyzwyczajenie robi swoje, programik w ciągu pięciu lat rozrósł się do monstrualnych rozmiarów, bo do skromnej przeglądarki grafiki dodano konwerter obsługujący 50 formatów, pisanie po krzywych, tworzenie przezroczystości i Bóg wie, co jeszcze. Dla mnie to ciągle przeglądarka grafiki, tyle że ładuje się dwa razy dłużej i zajmuje cztery razy więcej pamięci operacyjnej niż przed laty. A z dodawanych opcji nie korzystam, bo mam do tego inne programy.

Podobno przeciętny użytkownik Worda wykorzystuje 15 proc. funkcji i możliwości programu. Wierzyć mi się nie chce, że tak dużo, ale załóżmy, że tak jest. Gdyby każdemu dać możliwość wykastrowania tych pozostałych 85 proc. programu, chyba nikt by się nie zastanawiał, czy ich na wszelki wypadek nie zostawić. Taka modularna budowa programu nie jest przecież mrzonką. W gruncie rzeczy możliwość włączania i wyłączania rozszerzeń czy tablic kontrolnych w systemie rozszerzeń dokładnie odpowiada takim wymaganiom.

Gdyby - jeśli już czepiliśmy się Worda - Microsoft przebudował rdzeń programu, mógłby przecież dodać funkcję formatowania tabel jako rozszerzenie, które ja z miejsca bym pogonił, bo nie tylko nigdy nie formatowałem w Wordzie żadnej tabeli, ale jeszcze żadnej dotąd nie napisałem.

Ale swobodny wybór modułów do zainstalowania to dopiero pierwszy krok. O wiele więcej można by osiągnąć, gdyby producenci zaproponowali wreszcie możliwość prawdziwej personalizacji, kiedy komputer i program obserwują nasze działania, uczą się naszych nawyków, aby potem lepiej i szybciej odpowiadać na nasze potrzeby.

Jeśli ktoś używał Newtona, applowskiego asystenta, który pojawił się na kilka lat przed Palmem, pamięta, że Newton tym trafniej odczytywał pismo odręczne swojego właściciela, im ten częściej swojego asystenta używał. Newton wręcz zachęcał, aby częściej na nim pisać, nawet bez wyraźnej potrzeby. W pierwszych wersjach była nawet gra, która przypominała Tetris. Z góry spadały słowa, które zapychały ekran, jeśli w porę się ich nie rozbiło. Aby je rozbić, trzeba było poprawnie je wpisać u dołu, nim spadły.

Szkoda, że na coś takiego nie wpadli producenci programów do rozpoznawania mowy. Każdy chciałby mieć edytor, któremu tekst można na głos dyktować, a nie wstukiwać klawiszami. Mimo obietnic producentów wspaniała wizja jakoś nie może się ziścić. Pomijając rozmaite niuanse techniczne (np. jak oddzielić sygnał od szumu, czyli mój głos od ryku wiertarki, którą sąsiad boruje ścianę) producenci nie myślą o dostosowaniu programów do potrzeb użytkowników. Próbują np. wprowadzić do programu jak największy zasób słów, co w sposób oczywisty poprawia skuteczność rozpoznawania mowy, ale spowalnia cały proces i zwiększa ryzyko wystąpienia błędu (dużo słów brzmi podobnie).

A wystarczyłoby przecież wprowadzić zestawy słów.

Jeśli najczęściej piszę o komputerach i samochodach, wybrałbym słownictwo z tego zakresu, a pominął np. terminologię medyczną, dzięki czemu "lewarek" nie zostałby rozpoznany np. jako "lewatywa".

Każdy z nas mówi w sposób charakterystyczny, a program musi zostać uśredniony, aby poradzić sobie z każdym głosem.

Jeśli zainstaluję program rozpoznający mowę, to w równym stopniu będzie on dostosowany do mojego stylu mówienia, jak i do oracji Bogusława Kaczyńskiego czy Jana Suzina, chociaż pewnie żaden z nich nigdy przy moim komputerze nie usiądzie.

Cóż w świecie komputerów każdy dostaje po równo. Jednak okazuje się, że świat nie staje się od tego idealny.


Zobacz również