W kinie: "Duże zwierzę"

Reżyser i odtwórca głównej roli ludzkiej, Jerzy Stuhr, stwierdził podczas wczorajszej konferencji prasowej, że to jego pierwszy film poetycki – w związku z tym możliwy do wielorakiego interpretowania.

Reżyser i odtwórca głównej roli ludzkiej, Jerzy Stuhr, stwierdził podczas wczorajszej konferencji prasowej, że to jego pierwszy film poetycki – w związku z tym możliwy do wielorakiego interpretowania. Jak dla mnie, to jakby następca kultowego, acz już nieco przestarzałego "Rejsu", koncentrujący się na problemie nietolerancji. Zdobywca głównej nagrody na festiwalu w Karlowych Varach, został też ulubieńcem publiczności Lata Filmowego w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą.

Zygmunt Sawicki (Stuhr), urzędnik bankowy w przeciętnej wiosce staje się niespodziewanie posiadaczem wielbłąda, pozostawionego przez cyrk. Wraz z żoną otaczają zwierzaka opieką i przywiązują się doń z każdym dniem coraz mocniej. Bezimienny dwugarbiec zostaje towarzyszem spacerów i wolnościowych westchnień pana Sawickiego, jednak w zetknięciu z opinią publiczną, czyli ogółem mieszkańców miasteczka staje się powodem wielu szykan. Ludzie oskarżają go o to, że rozprasza dzieci w szkole, zanieczyszcza ulice, nie jest społecznie efektywny oraz może być nosicielem jakiejś afrykańskiej choroby wenerycznej. Akta miejskie i policyjne pękają w szwach od donosów, Sawickiego wyrzucają z orkiestry dętej, jego żonę degradują z nauczycielki do pomocy kuchennej, a pod ich domem pojawiają się manifestacje z wszystko wyrażającym transparentem: "Precz". Mimo tego wszystkiego pan Sawicki nie poddaje się ("jakiś sens tego musi być, prawda?"): buduje ulubieńcowi szopę w stylu "meczetu", karmi go marchewkami, płaci podatek jak za konia ("chociaż niepodkuty"), czyści mu co rano futro i gra na klarnecie.

Mimo zarzucanej przez wszystkich bezużyteczności futrzaka, wielu chciałoby go wykorzystać: miejscowy fotograf jako obiekt atrakcyjny fotograficznie, strażacy jako fant w loterii, telewizja jako podstawę reklamy soku tropikalnego ("Karawana idzie dalej, bo pije... Fruktovit"). W końcu właściciel wielbłąda zostaje wezwany na Radę Miasta ("Oj Sawicki, Sawicki, mało to jest naszych zwierząt? Normalnych, ludzkich"), gdzie pada pomysł stworzenia mini-zoo. Po tym, jak nieszczęsny posiadacz garbusa demonstracyjnie opuszcza salę, całe miasto już otwarcie jest przeciwko niemu. Wreszcie pewnej nocy wielbłąd znika...

Mimo iż Abel Korzeniowski debiutował jako autor muzyki do filmu fabularnego – odwalił kawał dobrej roboty. Muzyka potęguje niesamowity klimat stworzony przez czarno-białe, nieco nieostre zdjęcia Pawła Edelmana, a całość jest jednym z najsmutniejszych (choć nie dołujących) obrazów, jakie ostatnio widziałem.


Zobacz również