Widzieć drukarkę

Czytelnicy, którzy pamiętają początki komputerów osobistych, powiedzmy sprzed dwudziestu lat (Macintosh 68k, PC 286), mają zapewne ciągle podobne wyobrażenia o tym, jak działa komputer. W tamtych czasach wszystko było łatwe i proste: niewiele urządzeń peryferyjnych, oczywiście żadnej sieci, więc i drukarka podłączona na sztywno do portu szeregowego lub równoległego. Ówczesna drukarka była zresztą czymś kompletnie anachronicznym. Mechaniczne urządzenie, w gruncie rzeczy przypominające maszynę do pisania i niewiele różniące się od niej jakością wydruku.

Czytelnicy, którzy pamiętają początki komputerów osobistych, powiedzmy sprzed dwudziestu lat (Macintosh 68k, PC 286), mają zapewne ciągle podobne wyobrażenia o tym, jak działa komputer. W tamtych czasach wszystko było łatwe i proste: niewiele urządzeń peryferyjnych, oczywiście żadnej sieci, więc i drukarka podłączona na sztywno do portu szeregowego lub równoległego. Ówczesna drukarka była zresztą czymś kompletnie anachronicznym. Mechaniczne urządzenie, w gruncie rzeczy przypominające maszynę do pisania i niewiele różniące się od niej jakością wydruku.

Chociaż od początku obrazki były ważniejsze od liter: ImageWriter firmy Apple miał specjalnie dwukrotnie większą rozdzielczość niż ekran komputera (144 vs. 72 dpi), aby łatwo można było drukować zrzuty ekranowe oraz monochromatyczne obrazki tworzone w programach do rysowania. Z dzisiejszej perspektywy, gdy drukarka atramentowa o rozdzielczości dobrze ponad 1000 dpi i kolorze sześcioatramentowym jest dodawana do komputera za kilkadziesiąt dolarów, te dwadzieścia lat to więcej niż stulecie. To przepaść technologiczna, ale także przepaść w sposobie korzystania z urządzeń podłączonych do komputera.

Jak drukowało się dwadzieścia lat temu? Przede wszystkim trzeba było założyć papier, mało kto bowiem drukował na luźnych kartkach, wszyscy mieli "pożyczoną" tzw. składankę, powszechnie stosowan na drukarkach wierszowych w centrach komputerowych. Równe włożenie papieru w prowadnice było warunkiem koniecznym uzyskania jakiegokolwiek wydruku. Ale nie wystarczającym.

Często gęsto głowica drukująca (druty popychane elektromagnesami) zakleszczała się. Dziś każda drukarka-plujka ma narzędzie programowe do automatycznego przepychania mikroskopijnych dyszek.

Wtedy jedynym sposobem uruchomienia zapieczonej głowicy było moczenie w spirytusie, oczywiście denaturowanym, bo rektyfikowany podobno szkodził drutom. Pewnie jeszcze bardziej szkodził użytkownikowi, o ile w chwilach frustracji komputerowej aplikował go wewnętrznie. Ale oporna głowica oraz krzywo włożony papier to był dopiero wstęp do uzyskania wydruku. Należało jeszcze mieć taśmę barwiącą, która miałaby w sobie dosyć tuszu do wyprodukowania kropek na papierze. Gdy taśma, skądinąd podobna do tej z maszyny do pisania tylko zapakowana w plastykowe pudełeczko, była sucha, to na nic nie zdawały się wszelkie wysiłki.

Nie było żadnego wydruku. Słyszałem o artyście, który drukował swoje obrazki w ogóle bez taśmy - wprost na cienkiej, złotej folii, która rozklepywana drutami głowicy utrwalała w płaskim relifie wszystko co było na ekranie.

Nic więc dziwnego, że prawdziwego komputerowca poznawało się po czarnych obwódkach pod paznokciami, gdyż wszyscy ciągle nasączaliśmy stare kasetki. Na rynku było zresztą wiele firm, które specjalizowały się w obsłudze drukarek, co właśnie oznaczało odmaczanie głowic oraz rekultywację suchych tasiemek.

Innych problemów z drukarkami na ogół nie było.

W szczególności brak sieci powodował, że wydruk otrzymywało się w czasie rzeczywistym. Jeśli po wybraniu polecenia "drukuj" nie usłyszało się jazgotu drukarki, to mogło to oznaczać tylko dwie rzeczy. Albo drukarka nie była włączona do prądu, albo kabelek łączący ją z komputerem obluźnił się. Dlatego pomysł firmy Apple, aby sieciować nie tylko drukarki laserowe (ówczesna cena ponad osiem tysięcy dolarów), ale także matrycowe, okazał się takim hitem. Dobre oprogramowanie systemowe pozwalało z poziomu pulpitu wybierać drukarkę po nazwie. Moja domowa laserówka do dzisiaj nazywa się LaSerek, bo mam do niej stosunek osobisty jak do starego przyjaciela, znanego od siedmiu lat.

Zresztą posłuży zapewne następne pięć, o ile będę w stanie zdobyć ładunki toneru. Na szczęście LW 4/600 jest zgodna z popularnym modelem drukarek HP, więc ciągle mam dostęp do odzyskanych ładunków, zupełnie jak kiedyś do nasączonych tasiemek.

Dziś technologia poszła tak do przodu, że lokalne drukarki USB uwspólnia się bezprzewodowo, a wszystko dzięki nowoczesnym protokołom sieciowym. Tylko starzy makowcy w żaden sposób nie mogą przyzwyczaić się do zaniku stref AppleTalk. Nic więc dziwnego, że wielu z nich ma przygody takie jak moja znajoma, które w kilku listach usiłowała niedawno dowiedzieć się ode mnie, dlaczego jej ulubiona i prywatna drukarka po przeniesieniu biura na inne piętro przestała ukazywać się w okienku Wybieracza (Chooser), choć pod systemem X wszystko jest w porządku.

Moja diagnoza, że powinna skontaktować się z administratorem sieci i sprawdzić, czy nowy przełącznik w ogóle obsługuje AT, wywoła wściekłość mojej korespondentki. Jak to, przez kilkanaście lat widziała drukarkę, a tu nagle nic, dlaczego? No właśnie, dlaczego?!

A przecież znajoma powinna być szczęśliwa, że drukarka jest dziś samoistnym bytem na sieci, z własnym numerem IP i możliwościami komunikowania się z całym, dosłownie z całym światem. To ostatnie, aczkolwiek być może wygodne, gdy drukarki wreszcie zaczną same zamawiać nowe ładunki tuszu lub toneru, jest przekleństwem w sieciach otwartych, bo każdy może próbować na nich drukować, o ile tylko znajdzie cudzą drukarkę.

Jakże daleko odeszliśmy od rąk pobrudzonych tuszem i mizernej rozdzielczości, niewiele lepszej od ekranowej, a jednocześnie od drukarki, którą widać zarówno w sensie dosłownym, bo jest pod ręką, jak i szerszym, bo jest zawsze aktywna?

Jedno jest pewne: biuro bez papieru, wieszczone jeszcze dwadzieścia lat temu jako coś oczywistego, nie tylko nie istnieje, ale w ogóle nie wydaje się możliwe. Ile stron papieru zadrukowali Państwo w ostatnim miesiącu, a ile w ostatnim roku?!

Moja znajoma nigdy już nie odzyska owych dziewiczych wspomnień z czasów, gdy drukarka była jej i tylko jej. Na własność.


Zobacz również