Wirusy w lodówce

Od jakichś 10 lat jako użytkownik Macintosha jestem stale w dość ciekawej sytuacji. Przez cały czas mam do czynienia z firmami, w których większość komputerów stanowią pecety. Ale oprócz nich jest zawsze jakaś część Maców. W tej części zawsze jest mój komputer. To daje ciekawą perspektywę i - coraz częściej - silne, choć pewnie złudne poczucie bezpieczeństwa, które wzmacnia się po ataku kolejnego zjadliwego wirusa.

Od jakichś 10 lat jako użytkownik Macintosha jestem stale w dość ciekawej sytuacji. Przez cały czas mam do czynienia z firmami, w których większość komputerów stanowią pecety. Ale oprócz nich jest zawsze jakaś część Maców. W tej części zawsze jest mój komputer. To daje ciekawą perspektywę i - coraz częściej - silne, choć pewnie złudne poczucie bezpieczeństwa, które wzmacnia się po ataku kolejnego zjadliwego wirusa.

Nagły przypływ zarobaczonych listów daje wyobrażenie o skali kataklizmu, którego doświadczają koledzy z pecetami, a zarazem poczucie miłego ciepełka pod sercem. Powiedzmy, że nie chodzi tu o brzydkie uczucie schadefreude, ale raczej odczucie na własnej skórze mądrości przysłowia "moja chata skraja".

To miłe łaskotanie może jednak szybko przerodzić się w rodzaj żalu. Bynajmniej nie mam ochoty samemu przekonać się o efektach działania wirusów. Ale to, że mojego Maca nie imają się robaki, to przecież nie dowód na wyższość komputera z jabłuszkiem, ale niedoskonałości technologii. Po prostu pecety i Maki nie mogą się ze sobą dokładnie porozumieć. Macintosh nie potrafi wykonać instrukcji zakodowanej w wirusie dlatego że ta została zapisana w formacie właściwym dla peceta.

Czy taka "niekompatybilność" technologii to wada, czy zaleta? Czy wszystkie urządzenia powinny bez problemów porozumiewać się między sobą? Odpowiedź na to pytanie może określić rozwój technologii w najbliższych latach.

Od przynajmniej kilku lat jesteśmy mamieni wizją "niewidzialnych komputerów", które mają odmienić nasze życie. Firmy badawcze obiecują, że komputery trafią do większości urządzeń, jakich codziennie używamy. Do lodówki, kuchenki mikrofalowej, łóżka i klamki od drzwi. Lodówka sama zamówi zakupy, gdy będzie pusta, ekspres przygotuje kawę, kiedy usłyszy, że właśnie dzwoni budzik, a budzik sam wybierze porę budzenia na podstawie komunikatu o korkach w mieście. To jest bowiem gwóźdź programu: komputery w naszych zabawkach mają służyć temu, aby wszystko, co nas otacza mogło się ze sobą porozumiewać, odgadywać nasze potrzeby, najlepiej nim sami je sobie uświadomimy i jak najsprawniej je zaspokajać. Pewnie byłbym zadowolony, gdyby jakieś urządzenie odwaliło za mnie moją robotę (żeby chociaż odkurzacz sam posprzątał, kiedy jego komputer wykryje pierwsze drobiny kurzu), ale nie byłbym już szczęśliwy, gdyby na skutek zarażenia wirusem spadł ze schodów. Wszechobecne komputery mogłyby wprowadzić w nasze życie chaos zamiast wygody. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że cała ta masa otaczającego nas sprzętu musiałaby korzystać z rozmaitych systemów i programów, które siłą rzeczy nie mogłyby zapewnić odpowiednio wysokiego poziomu zabezpieczeń. Wtedy lodówkę trzeba byłoby nie tylko co jakiś czas rozmrażać, ale i odwirusowywać.

Jakie jest skuteczne zabezpieczenie komputerów przed wirusami? Najskuteczniejsza metoda jest raczej radykalna. Odcięcie dostępu do Internetu i uniemożliwienie korzystania z dyskietek czy płyt. Z takiego sposobu korzysta się w wielu firmach, w których komputery decydują o ciągłości pracy. Dla przedsiębiorstw kluczowych dla gospodarki (np. elektrowni) oraz zapewniających bezpieczeństwo ludzi (np. systemów kierowania ruchem) to standardowa procedura, a nie element bezpieczeństwa. Przeniesienie takich metod do "niewidzialnych komputerów" czyniłoby je bezużytecznymi, bo przecież z założenia mają się one komunikować między sobą.

Fakty nie napawają zatem specjalnym technooptymizmem: w tej chwili urządzenie niezawodne to urządzenie możliwie najprostsze, które jest głuche i nieme jak pień. Na przykład łopata. Czy to oznacza, że jesteśmy skazani na towarzystwo lodówek o takim samym stopniu inteligencji jak widły? Niekoniecznie. Nadzieja w tym, że lodówka nie potrzebuje tak rozbudowanego oprogramowania, jak pecet. A skoro jej system będzie prostszy, to będzie w nim mniej dziur, z których mogą skorzystać wirusy.

Jest jednak jeszcze jedno ale: czy jesteśmy w stanie zaufać gadżetom? Przed pięciu laty w Libanie 200 tys. ludzi wyłączyło nagle swoje telefony komórkowe w obawie przed komputerowym wirusem o nazwie Czarnobyl, który miał rzekomo zarazić także komórki. W Libanie - co może być zaskoczeniem dla większości Europejczyków - telefonia komórkowa jest rozwinięta nawet silniej niż na naszym kontynencie, więc skutkiem tej plotki było ogromne zamieszanie i straty operatorów sieci. Sprawą musiał się nawet zająć tamtejszy parlament. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby kuchenki gazowe zaraziły się wirusem.


Zobacz również