YouTube uszczupla zyski branży fonograficznej

Głównym problemem branży muzycznej nie jest piractwo ale internetowe serwisy strumieniowe: YouTube, MySpace, Grooveshark itp. Firmy fonograficzne obarczają je winą za spadek swoich zysków.

25 lutego w Nowym Jorku odbyła się konferencja poświęcona problemom branży muzycznej. Przedstawiciele przemysłu nagraniowego, którzy wzięli w niej udział, uważają, że pomimo coraz większej liczby osób interesujących się muzyką zyski sektora z roku na rok topnieją. Dzieje się tak z powodu portali takich jak chociażby grooveshark.com gdzie bezpłatnie można słuchać muzyki swoich ulubionych wykonawców.

Russ Crupnick z firmy NPD Group przypomniał m.in., że w 2010 roku przeciętny konsument słuchał muzyki przez 19 godzin i 40 minut w tygodniu, rok wcześniej było to 18 godzin i 30 minut. Wzrost zainteresowania muzyką nie przekłada się jednak na zwiększenie zysków firm fonograficznych.

Co z tą muzyką?

Przemysł muzyczny w ciągu ostatnich pięciu lat stracił wg NPD Group 20 milionów nabywców. Plan koncernów aby sprzedawać muzykę w formie elektronicznej nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Jak pokazuje praktyka, fani muzyki nie chcą kupować plików muzycznych, które niczym się nie różnią od tych dostępnych bezpłatnie poprzez YouTube czy Grooveshark. Wiele osób wolało pozostać przy tradycyjnym CD z załączoną książeczką.

Przemysł muzyczny oczekiwał, że spadek liczby sprzedanych płyt zrekompensują zyski uzyskane ze sprzedaży cyfrowych utworów. Jednak tylko 23 proc. sprzedaży muzyki w ubiegłym roku pochodziło ze sprzedaży elektronicznej. Nie jest to zbyt wielki wzrost w porównaniu z 16 proc. w 2006 roku. Trudno zatem spodziewać się, że sprzedaż cyfrowa kiedykolwiek przekroczy barierę 50 proc.

Jak to się zaczęło?

Początki kryzysu wśród koncernów fonograficznych sięgają czerwca 1999 roku. Wtedy to powstał pierwszy program p2p - Napster. Była to całkowicie darmowa aplikacja, umożliwiająca pobieranie utworów muzycznych. Skutkiem pojawienia się Napstera był diametralny spadek sprzedanych płyt. Nie trzeba było długo czekać na protesty wytwórni muzycznych jak i samych artystów. Rok później proces twórcom Napstera wytoczył Lars Ulrich - perkusista zespołu Metallica. W ślad za nim poszli amerykański raper Dr Dre oraz wytwórnia A&M Records. Skończyło się to wprowadzeniem opłat za korzystanie z serwisu. Szybko jednak pojawiły sie kolejne, udoskonalone programy p2p jak BearShare czy też Kazaa.

Od Napstera do streamingu

Mniej więcej od roku 2005 programy p2p zaczęły być wypierane przez różne portale oferujące darmowo utwory i wideoklipy. Ekspansja serwisów takich jak YouTube, MySpace czy też Grooveshark przyczyniła się do jeszcze słabszych wyników sprzedaży płyt. Wydawcy muzyczni próbowali ratować sytuację, poprzez otwieranie wszelakich sklepów z plikami w formacie mp3 czy też różne promocje ("kup płytę a otrzymasz dostęp do niepublikowanych zdjęć i utworów na oficjalnej stronie artysty") jednak nie przyniosły one oczekiwanych rezultatów.

Casus Radiohead

Głosy takich artystów jak Chuck D (lider zespołu Public Enemy) czy też Fred Durst (Limp Bizkit), którzy stanęli w obronie Napstera, były w zdecydowanej mniejszości. Przeważająca część twórców muzyki opowiedziała się przeciwko udostępnianiu ich muzyki za darmo.

Z czasem stanowisko muzyków ewoluowało w stronę większej akceptacji dla tej formy udostępniania muzyki. Przełomowy był tutaj rok 2007, kiedy to zespół Radiohead swoją najnowszą wówczas płytę "In Rainbows" zamieścił w całości na swojej stronie internetowej. Przy ściąganiu można było oddać dobrowolną darowiznę, co zrobiło około 40 proc. ściągających płacąc średnio 2 dolary. Zdarzenie to pokazało dobitnie słabość koncernów fonograficznych. Zespół Thoma Yorke'a, który wówczas pozostawał bez podpisanego kontraktu, postanowił wydać album bez udziału jakichkolwiek wytwórni. W praktyce okazało się, że dzięki temu manewrowi Radiohead zarobił więcej, aniżeli uzyskałby wydając płytę w tradycyjny sposób.

Przykład ten uzmysłowił innym artystom, że nie należy obawiać się udostępniania swojej muzyki w Internecie. Obecnie niemal wszystkie zespoły mają swoje profile na portalach typu MySpace czy też YouTube, gdzie udostępniają swoje utwory i wideoklipy za darmo.

Co dalej?

Czasy kiedy firmy fonograficzne wykorzystywały artystów, zabierając nawet 70 proc. zysków ze sprzedaży płyt, bezpowrotnie minęły. Inaczej też podchodzą do tego sami twórcy, którzy zarabiają z koncertowania oraz ze sprzedaży gadżetów. Jeśli przemysł muzyczny chce się utrzymać w grze musi zmienić swoją strategię biznesową. W powszechnej opinii konsumentów - płyty są zbyt drogie, a albumy sprzedawane w wersji elektronicznej (których koszt produkcji jest znacznie mniejszy) nie są wcale tańsze od tradycyjnych nośników.

Pytanie tylko czy zmiana polityki biznesowej przełoży się na poprawę jakości samej muzyki?


Zobacz również