Za co premiować informatyków?

Wskaźniki mogą zapewnić łatwiejsze wykrywanie błędów w działaniu oprogramowania. Ale nie w działaniu ludzi.

Z przyjemnością przeczytałem tekst Andrzeja Raniszewskiego (CW 34/2009), będący odpowiedzią na nasz artykuł (mój i Helmuta Gläsera, CW 30-31/2009). Z przyjemnością, bo autor poruszył w nim wiele bardzo ważnych spraw, które dzieją się dookoła nas. Zwłaszcza dziś, w okresie w którym nie wiadomo czy kryzys już sobie poszedł, czy dopiero przyjdzie. Jednak w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Jestem pewien, że Andrzej protestuje przeciwko proponowanej przez nas metodzie motywacji, mimo że sam aktywnie stosuje ją w swojej firmie.

Między technologią a biznesem

Niektórzy informatycy wciąż nie rozumieją swojej prawdziwej roli i wyzwań, jakie stawia przed nimi współczesna gospodarka. Pozostali ze swoją mentalnością w początkowym, romantycznym okresie rozwoju IT.

Zacznijmy od informatyków. Od zamkniętego niegdyś klanu ludzi, grupy szamanów, którzy potrafili zmusić komputer do pracy metodami iście magicznymi. Któż nie słyszał w czasach pierwszych komputerów opowieści, że sprzęt będzie poprawnie pracował tylko wtedy, gdy użytkownik będzie do niego przyjaźnie nastawiony i będzie rozumiał wszystkie jego potrzeby. Sam często opowiadałem takie bajki, wymuszając na ludziach między innymi to, że w przypadku awarii nie próbowali sami jej naprawiać (co często przynosiło więcej szkody niż pożytku), tylko wzywali informatyków.

Tamte piękne, dawne czasy, poza sferą mistycyzmu, miały to do siebie, że, jak słuszne zauważa Andrzej Raniszewski, informatyka wspierała niewielki fragment biznesu. Pierwsze aplikacje wspomagające bardzo ostrożnie zarządzanie przedsiębiorstwami w większości przypadków omijały procesy krytyczne. Do końca lat dziewięćdziesiątych często jeszcze zdarzało się, że księgowość była ciągle prowadzona podwójnie, czyli i w komputerze, i metodą tradycyjną. Problem roku 2000 pięknie przedłużył u nas wiarę w to, że komputery i wróżki mają ze sobą wiele wspólnego. Wirusy komputerowe pojawiające się w tamtym okresie dodatkowo przekonywały ludzi, że komputery żyją jednak swoim własnym, prawdziwym życiem, które tylko informatycy potrafią okiełznać. Od tego okresu nie minęło wcale tak dużo czasu, jak to się Andrzejowi wydaje. To tylko 10 lat. Wiara w gusła jest dalej silna w narodzie. Któż z nas nie zawaha się, czy pójść dalej, gdy drogę przebiegnie mu czarny kot?

Jednak świat poszedł do przodu. Dziś każdy statystyczny Polak (wliczając noworodki) ma ponad jeden telefon komórkowy (jakby nie patrzeć, to w końcu komputer), a większość studentów pojawia się na zajęciach z własnymi laptopami, żeby tam notować uwagi z wykładów lub sprawdzać na bieżąco, ile z tego wykładu jest dostępne w internecie. Taka powszechność nie byłaby możliwa przy założeniu, że informatyka to wiedza szamańska, dostępna nielicznym. I zgadzam się w tym punkcie z autorem polemiki. Informatyka nie jest już wiedzą tajemną, a informatycy nie są niezastąpionymi szamanami, którzy całą wiedzę gromadzą tylko we własnych głowach. Choć często jeszcze bardzo by chcieli. Na przeszkodzie temu staje jednak biznes. Zarząd nie chce mieć u siebie stada szamanów, którzy wykonają pracę tylko wtedy, gdy będzie dla nich interesująca.

Więcej na Computerworld.pl.


Zobacz również