Żadnej filozofii na Wschodzie

Zmiana układu sił w gospodarce Dalekiego Wschodu dowodzi, że nie da się ominąć odwiecznych praw rynku.

Najnowszy numer Far East Economic Review zamieszcza kolekcję materiałów o przyczynach i mechanizmach przegrupowania w czołówce azjatyckiego przemysłu elektronicznego. Dalekowschodni producenci zdecydowanie wyprzedzają resztę świata pod względem udziałów rynkowych, ale dominacja japońska należy już do przeszłości. W ubiegłym roku udział Japonii w rynku wyrobów elektronicznych obniżył się do poziomu poniżej 25%.

Takie giganty, jak Matsushita, Hitachi, Sharp czy Toshiba kontrolowały niegdyś ponad połowę rynku. Dzisiaj większość z nich nie ma pieniędzy na inwestycje. Przeważnie działo się tak, że Japończycy wymyślali produkty-hity i kreowali dla nich gigantyczny masowy rynek, po czym przyglądali się, jak inne kraje azjatyckie przechwytują ów rynek wykorzystując swoją przewagę kosztową. Stało się tak z Walkmanem, laptopami, chipami pamięci do komputerów. Teraz kolej na płaskie monitory ciekłokrystaliczne.

Pozycja producentów z Tajwanu i Korei od dawna była silna, a ostatnie inwestycje w fabryki czwartej i piątej generacji znacznie zwiększyły ich przewagę. Japońskie fabryki zaliczają się natomiast do generacji trzeciej lub tzw. 3,5. Nowy hit rynkowy - wspomniane monitory - są obecnie produkowane głównie w Japonii, ale na Tajwanie i w Korei koszty ich wytwarzania są kilkukrotnie niższe. Dlatego też firma Sharp, kontrolująca obecnie ok. 90% rynku, przewiduje zmniejszenie swego udziału do ok. 50% i to pod warunkiem, że zdoła utrzymać przewagę jakościową. We wrześniu br. rozpoczyna budowę nowej fabryki monitorów 25-calowych, zaliczanej do generacji 4,5. Inni japońscy producenci elektroniki nie mają już szans. Ale plany Sharpa mogą rychło okazać się zbyt optymistyczne, gdyż takie firmy, jak tajwańska AU Optronics Corp. (gwiazda na giełdzie) czy LG-Philips i Samsung w Korei w ciągu najbliższych miesięcy wyprzedzą go o pół generacji.

Jakby na pociechę, Far East Economic Review podejmuje temat typowy dla kanikuły - zabawki pana Takary. Pracujący w jego firmie wynalazca Osamu Mashimo wykreował przedmiot marzeń i szaleństw dzieciaków ze znanego od Średniowiecza bączka rozpędzanego przy pomocy nici. Dzisiejsze bączki, noszące nazwę Beyblade, są wielobarwne i fantazyjne, a w komplecie można kupić wymyślne akcesoria do puszczania ich w ruch.

Beyblade zostały wprowadzona na rynek jeszcze w 1999 roku, ale w ciągu pierwszych 18 miesięcy produkowano ich zaledwie 200 do 300 tysięcy. Dopiero promocja przy pomocy plakatów rozpoczęta w styczniu 2001 r. stworzyła rynek, w miesiącach letnich sprzedawano po 4 mln szt. Jest to 24% rynku zabawek dla chłopców.

Dzieci świetnie się bawią, ale pan Takara przewiduje, że Beyblade wkrótce wylądują na dnie pudełek z zabawkami, podobnie jak wcześniej pokemony. Jednak biznes rozkręcił się i nie można już obniżyć wielkości sprzedaży ani tempa rozwoju. Pan Tanaka obmyśla więc następny hit - maleńkie figurki zwierzątek wyposażone w elektroniczną "inteligencję". Będą rozumiały proste polecenia, tańczyły i śpiewały, nawet chórem. Nie są tak finezyjne, jak miniroboty Sony, ale mają kosztować po ok. 10 USD.


Zobacz również