Zarżnąć kurę, czyli używane sushi

Proszę wyobrazić sobie, że chcemy pójść na sushi w San Diego, w Kalifornii. Miasto duże, pewnie nieco większe od Warszawy, restauracji serwujących przysmaki japońskie jest w nim co najmniej kilkadziesiąt. Trudno ich szukać w książce telefonicznej, tym bardziej że mamy ochotę na dobre sushi, świeże i przyrządzone z fantazją.

Proszę wyobrazić sobie, że chcemy pójść na sushi w San Diego, w Kalifornii. Miasto duże, pewnie nieco większe od Warszawy, restauracji serwujących przysmaki japońskie jest w nim co najmniej kilkadziesiąt. Trudno ich szukać w książce telefonicznej, tym bardziej że mamy ochotę na dobre sushi, świeże i przyrządzone z fantazją.

Na początku dwudziestego pierwszego wieku w takiej sytuacji każdy rozsądny człowiek włączy przeglądarkę internetową, wybierze http://www.google.com i wpisze po prostu sushi + San Diego. Mam nadzieję, że Czytelnicy Digita mają dostęp do Internetu pod ręką i że wykonają powyższą operację, nim zaczną czytać dalej.

Tym razem nie chodzi mi o ponad pół miliona odpowiedzi, które są skutkiem znalezienia przez wyszukiwarkę miejsc na sieci ze słowem sushi lub słowami San Diego (typowy błąd popełniany przez dziennikarzy z tzw. brukowej prasy to stwierdzenie, że sushi są bardzo popularne w San Diego). Chodzi o to, co widać po prawej stronie pierwszej dziesiątki odpowiedzi, a także na kolejnych 51 800 stronach:

Discount Sushi San Diego

New & used Sushi San Diego.aff

Check out the huge selection now!

http://www.ebay.com

No tak, myślę, że już odechciało się nam delektować sushi w San Diego, szczególnie tymi używanymi, a oferowanymi przez eBay (w rzeczywistości mają tylko plastykowe atrapy). Pozostałe reklamy serwowane przez Google także trafiają jak kula w płot, bo akurat tak się składa, że na Starym Mieście w San Diego można najeść się wspaniałymi potrawami meksykańskimi (Tijuana niedaleko), zaś większość hoteli w tym mieście nie słyszała o barach sushi.

Można powiedzieć, że w taki właśnie sposób Google pomaga mordować kurę znoszącą złote jajka. Nie oszukujmy się: ktoś musi płacić za "darmową" usługę wyszukiwania stron na sieci. W tym względzie firma Google zawsze była wstrzemięźliwa. Żadnej nachalnej reklamy. Aby jednak pojawić się na pierwszej stronie, wśród dziesięciu pierwszych wyszukanych odnośników, trzeba było zapłacić. Wiadomo, że zdecydowana większość szukających nie zagląda na drugą, a już tym bardziej na 512 stronę wyników. Nawet jeśli ktoś zajrzy, to zawsze po prawej będzie miał te same reklamy. Słono opłacone. Ile kosztują, tego Google nie ujawnia, bo to tajemnica biznesowa, ale nie mam wątpliwości, że sporo.

Można się o tym przekonać, jeśli zamiast do San Diego chcemy wybrać się na sushi do Warszawy: wpisujemy w Google sushi + Warszawa i otrzymujemy tylko 16 500 odpowiedzi. Widać, że sushi w stolicy Polski są jakieś trzydzieści razy mniej popularne niż w San Diego. Wprawdzie po prawej też pojawiają się reklamy, ale tylko dwie i nie mają nic wspólnego z Warszawą – to zwykłe inseraty firm zaopatrujących amatorów sushi w odpowiednie przybory. No tak, szukaliśmy w angielskojęzycznej wersji Google. Jeśli przełączymy się na polską wersję językową (Language Tools -> Polish), to wtedy sushi + Warszawa nie pokazuje już żadnych reklam po prawej stronie. Widać Allegro http://www.allegro.pl skąpi na reklamę, a może po prostu w Polsce nikt nie oferuje mało używanych sushi na aukcjach?

Powyższe rozważania częściowo tylko są dowcipem felietonisty. Każdy, kto wędruje po sieci, na pewno wielokrotnie miał ochotę pozbyć się natrętnych reklam. Osobiście jakieś dwa miesiące temu wyłączyłem wszystkie wtyczki w przeglądarce. Po prostu miałem dosyć flashowych prezentacji, pojawiających się na, pod i powyżej aktualnie oglądanych stron. Pod tym względem polskie portale internetowe, takie jak Onet http://www.onet.pl oraz Wirtualna Polska http://www.wp.pl , są gorsze niż portale amerykańskie. Gorsze, bo znacznie bardziej pazerne. Podobnie zresztą jak i polskie czasopisma. Taka POLITYKA http://www.polityka.pl nie tylko daje przez pół tygodnia fragmenty artykułów z aktualnego numeru, ale jeszcze zaśmieca je migającymi reklamami. Od czasów, gdy ludzie nauczyli się robić pliki graficzne z animacją, nie sposób oglądać większości stron internetowych. Sam tak zgrzeszyłem na Drugiej Stronie http://www.apple.com.pl/kuba , ale bez komercji. Biedni są sprzedawcy porno: kiedyś ich strony wyróżniały się animacjami, dziś mało zwracają na siebie uwagę w zalewie reklam telefonów komórkowych (specjalność: okienka w kształcie aparatu) oraz wycieczek "last minute".

Niestety, trend nasila się. Już nawet czasopisma uważane za poważne i nobliwe, jak "The New Yorker" – 80 lat na rynku, czytany przez amerykańską elitę intelektualną, zręcznie zacierają granice pomiędzy reklamą a zawartością. Na przykład serwując czytelnikom rysunki w stylu dobrze znanych dowcipów, z ukrytymi reklamami producentów, którzy wykupili obok całą stronę pisma. Wiadomo, normalny człowiek w takiej sytuacji przewraca kartkę, nawet nie sprawdzając, jaka marka samochodu reklamuje się kociakiem na masce. Ale podpis pod dowcipem każdy przeczyta, a przy okazji zapadnie mu w pamięć charakterystyczna kratka wlotu powietrza do silnika. Nie ma to jak oddziaływać na podświadomość czytelnika.

Myślę, że pora, aby na rynku pojawiły się czasopisma, strony internetowe i telewizje bez reklam. Ostatecznie czas to pieniądz. Opuszczanie reklam marnuje to, czego nigdy już nie odzyskamy. Myślę, że coraz więcej ludzi gotowych jest zapłacić nieco więcej za subskrypcję czasopisma bez reklam. Mówi się, że cena kioskowa egzemplarza pokrywa ledwie połowę kosztów produkcji. Nie wiem jak Państwo, ale ja wolałbym zapłacić trzy razy więcej za same tylko artykuły, bez sponsorowanych. Tak samo powinno być na sieci lub w telewizji. Tymczasem w kinie zmuszają mnie do oglądania zwiastunów filmów, choć zapłaciłem za bilet, a przed filmem na DVD, za którego wypożyczenie też płacę, pokazują mi fragmenty innych filmów. W telewizji publicznej nie dość, że biorą abonament, to potem i tak wykorzystują na reklamy całe 12 minut na godzinę. Pora na obywatelski sprzeciw! Trzeba zacząć odmawiać oglądania reklam. W Internecie przede wszystkim. Zarżnijmy tę kurę do końca. Używane sushi do kosza. Zacznijmy ruch AdFree!

Niestety, felieton ten ukaże się w towarzystwie kilku reklam. Wydawca Digita musi przecież z czegoś żyć... ja także.


Zobacz również