Zawiany maszynista

Przez pół dekady korzystałem z Internet Explorera, chwaląc sobie jego szybkość i techniczne możliwości. Przez kolejne pół z rosnącym niepokojem obserwowałem, jak się psuje, jak przegrywa z kretesem wyścig z Internetem.

Przez pół dekady korzystałem z Internet Explorera, chwaląc sobie jego szybkość i techniczne możliwości. Przez kolejne pół z rosnącym niepokojem obserwowałem, jak się psuje, jak przegrywa z kretesem wyścig z Internetem.

W polskim kodeksie karnym (a pewnie i w innych) funkcjonuje pojęcie sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego - dotychczas kojarzyło się ono wyłącznie z takim naruszeniem przepisów, które mogło powodować narażenie na niebezpieczeństwo życia czy zdrowia wielu osób, jak choćby upicie się maszynisty pociągu. W branży komputerowej tak dramatycznych skutków wprawdzie nie ma, ale bez większych wątpliwości można stwierdzić, że np. Internet Explorer naraża poufność danych i bezpieczeństwo majątku milionów osób.

Microsoft zdołał pozyskać ogromny udział w rynku dla swojej przeglądarki internetowej. Uznawszy sprawę za załatwioną, spoczął jednak na laurach i w ciągu ostatnich lat nie wprowadził żadnych poważnych zmian technicznych, ignorując uparcie gwałtowny rozwój Internetu i pojawienie się wielu nowych metod dokonywania przestępstw komputerowych.

Gdyby obecne techniczne zacofanie Internet Explorera (nie mam na myśli przyszłej wersji 7 - obecnie w fazie beta 1), który dziś w porównaniu z konkurencyjnymi programami jest bardzo niewydolny, skutkowało jedynie marną interpretacją stron internetowych czy niemożnością dotarcia do pewnych informacji, sprawa nie byłaby warta zachodu. Krytyka sprowadzałaby się do utyskiwania fachowców na rozmaitych forach, do których nie dociera zwykły użytkownik Internetu, a których wojna z przeglądarką nie jest po prostu zauważana. Problem jednak w tym, że zignorowanie przez Microsoft dramatycznych zmian w Sieci stwarza rzeczywistą groźbę nie dla rozeźlonych speców od komputerów, lecz dla niezliczonych milionów ludzi, uznających Internet także za miejsce prowadzenia transakcji finansowych - konta bankowe w Inter-necie to już nie ekstrawagancja, lecz oczywista codzienność.

Dla zwykłego śmiertelnika, dla którego komputer jest takim samym narzędziem, jak żelazko czy telewizor, narzucony mu Internet Explorer jest jedynym narzędziem, gdyż na ogół nie wie, że jest coś innego. A nawet wiedząc, i tak zapewne nie będzie ingerować w to, że kliknięcie adresu internetowego uruchamia program Microsoftu. Ten wymuszony udział Internet Explorera, w połączeniu z jego podatnością na ataki przestępców komputerowych, jest przyczyną nadania mu prześmiewczego miana Internet Exploiter czy kanwą dowcipów w rodzaju „Internet Explorer to program, dzięki któremu możesz przeglądać Internet ze swojego komputera i na odwrót". To już nie zabawa. Tak potężna firma, jak Microsoft, wprowadzając do masowego użytku swój produkt, choćby i bezpłatny, powinna przyjąć odpowiedzialność za jego funkcjonowanie. Producent przecież nie robi łaski milionom użytkowników Sieci i nie może powiedzieć, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Narzucając większości internautów swoje narzędzie, stwarza sytuację podobną do otwarcia na oścież okna w mieszkaniu na parterze, co daje sposobność wejścia złodziejowi. Pewnie większość naszych czytelników nie nabierze się na wezwanie do zaktualizowania danych konta bankowego, ale nabierze się wielu tzw. zwykłych użytkowników, którzy wobec przemyślności przestępców są bezradni.

Irytację budzi to, że Microsoft wypiął się, mówiąc potocznie, na zachodzące wokół zjawiska. Przez całe lata ignorował głosy fachowców, nawołujących do podjęcia odpowiednich działań. Teraz wprawdzie stara się nadrobić czas i wprowadzić niezbędne zmiany w kolejnej odsłonie Internet Explorera, jednak nie zmienia to faktu, że jest co najmniej moralnie współodpowiedzialny za część negatywnych zjawisk w Internecie, jak kradzieże danych i ogołacanie kont bankowych. Firmie starczyło energii na zdobycie przytłaczającej przewagi na rynku, ale nie starczyło już odpowiedzialności, aby przewaga ta nie stała się pożywką dla szalejącej przestępczości internetowej. Nie da się tego określić inaczej, jak „sprowadzeniem niebezpieczeństwa powszechnego". Czy producent liczącego się oprogramowania antywirusowego byłby zwolniony z aktualizowania bazy wirusów kilka razy w tygodniu? Gdyby tak się stało, zniknąłby z rynku po miesiącu, zmieciony przez rozjuszonych użytkowników. Niestety, takich konsekwencji trudno oczekiwać w stosunku do przeglądarki wspieranej przez światowego potentata, choć analogia aż się narzuca. Może to jednak i dobrze, bo może finalny IE 7 pobije konkurencję. Może...


Zobacz również