Amerykańskie wojsko ostrzega przed Chińczykami

Amerykańskie systemy informatyczne - zarówno wojskowe, jak i gospodarcze - są celem powtarzających się ataków hakerskich, przeprowadzanych najprawdopodobniej z terytorium Chin. To problem, któremu należy poświęcić zdecydowanie więcej uwagi niż dotychczas - mówił podczas swojego wystąpienia przed senacką Komisją Sił Zbrojnych USA admirał Robert Willard.

Willard w ubiegłym tygodniu oficjalnie zeznawał przed komisją na posiedzeniu poświęconym zagrożeniom informatycznym. Admirał tłumaczył m.in., że na razie celem większości tych ataków jest wykradanie danych - ale ich autorzy wydają się na tyle biegli w swoim fachu, że w razie potrzeby (np. zmiany taktyki) będą w stanie przeprowadzać znacznie groźniejsze operacje, których celem może być np. zakłócanie pracy krytycznych systemów informatycznych.

Te ataki zagrażają naszym działaniom w cyberświecie - utrudniają nie tylko operacje przeprowadzane w czasach pokoju, ale mogą również uniemożliwić działanie w warunkach kryzysu - tłumaczył Willard, który dodał też, że na razie amerykańska armia jest w stanie przeciwdziałać takim atakom i odpowiadać na nie w czasie rzeczywistym.

Warto dodać, że na ataki przeprowadzane przez chińskich hakerów narzekają nie tylko wojskowi - to właśnie seria włamań z terytorium Państwa Środka doprowadziła przecież do konfliktu na linii Pekin-Google (który skończył się zamknięciem wyszukiwarki Google.cn). Na powtarzające się "incydenty" narzekają również przedstawiciele firmy GoDaddy, zajmującej się rejestrowaniem domen internetowych - Christine Jones, jej wiceprezes, informowała ostatnio, że tylko w pierwszym kwartale bieżącego roku system informatyczny GoDaddy stał się celem kilkudziesięciu "ekstremalnie groźnych" ataków DDoS. Analizy wykazały, że wszystkie zostały przeprowadzone z terytorium Chin.

Co ważne, choć zarówno Google, jak i GoDaddy wyraźnie wskazują na Chiny, to żadna z firm nie twierdzi, że za atakami stoi chiński rząd - ich przedstawiciele ograniczają się do stwierdzenia, że ataki przeprowadzane są z terytorium tego kraju i prawdopodobnie stoją za nimi jego obywatele.

Na razie na te wrogie działania zdecydowanie zareagował jedynie Google - wspomnianym wcześniej wycofaniem się z chińskiego rynku. Inne firmy na razie czekają na rozwój sytuacji, swoich planów nie zdradzają również wojskowi.

Ale zdaniem ekspertów od przedstawicieli biznesu nie należy oczekiwać zbyt gwałtownych reakcji. Takie incydenty powtarzają się od dość dawna i byłoby naiwnością nie spodziewać się ich. Sądzę, że niektóre firmy mogą w obliczu powtarzających się ataków faktycznie zdecydować się na dość radykalne działania - wzorem Google - ale mimo wszystko nie wydaje mi się, by takie zachowania mogły stać się masowe - mówi Robert Vambery, profesor z nowojorskiej Lubin School of Business i specjalista ds. międzynarodowego biznesu.

Jego zdaniem, o ile pomiędzy USA a Chinami nie dojdzie w najbliższym czasie do jakiegoś poważnego spięcia politycznego czy militarnego, to raczej nie należy się spodziewać gwałtownych działań świata biznesu.

W ubiegłym tygodniu pojawiły się co prawda plotki o tym, że amerykański Dell rozważa wyprowadzenie z Chin części produkcji (chodzić miało o 5 tys. miejsc pracy) - jednak koncern zdecydowanie zaprzeczył tym doniesieniom.