Białoruś traci dostęp do internetu

Choć dla wielu osób wydaje się to niemal niemożliwe, to obywatele Białorusi zostali właśnie całkowicie odcięci od internetu.

Dostęp do internetu wydaję się obecnie być rzeczą naturalną. Przedstawiciele pokolenia "Z", czy inaczej "post-milenialsów" nie wyobraża sobie życia bez dostępu do "sieci". Niestety, nie wszystkim dane jest jednak swobodne korzystanie z jednej z najbardziej rewolucyjnych technologii ostatnich dziesięcioleci. Na Białorusi odbyły się w ostatni weekend wybory prezydenckie. Według wstępnych wyników, władzę utrzymał urzędujący obecnie prezydent - Aleksandr Łukaszenka, który otrzymał 80,2% głosów. Jego najgroźniejsza kontrkandydatka - Swiatłana Cichanouska, uzyskała zaledwie 9,9%. Z opublikowanymi przez białoruską Centralną Komisję Wyborczą wynikami, nie zgadza się jednak spora część białoruskiego społeczeństwa, twierdząc, niebezpodstawnie, że te zostały sfałszowane.

Według ostatnich informacji, na ulice Białorusi wyszło ponad 350 tysięcy protestujących w co najmniej 30 miastach, w tym w stolicy kraju - Mińsku. Bardzo szybko pojawiły się również pierwsze materiały ukazujące brutalne działania służb porządkowych wobec protestujących. Władze Białorusi, chcąc uniknąć kolejnych dyskredytujących ich materiałów zdecydowały się o "odcięciu" kraju od internetu.

Jak podał serwis Netblocks - monitorujący wolność internetu, obywatele Białorusi zostali właśnie skutecznie odcięci od "sieci". Jak to możliwe? Kontrola internetu (w tym jego blokada) na terenie danego kraju jest prostsza do przeprowadzenia niż nam się wydaje. Wystarczą odpowiednie regulacje prawne, a wszyscy operatorzy będą musieli podporządkować się decyzji rządu. Choć ograniczenie dostępu do "wolnego" internetu najczęściej kojarzy nam się z państwami totalitarnymi, to warto pamiętać, że niektóre treści są cenzurowane również w krajach demokratycznych, jak choćby USA.

Zobacz również: Toshiba - to koniec, nie zobaczymy już laptopów z logiem japońskiego producenta