Bulletstorm, czyli zabijaj z pomysłem - recenzja

Bulletstorm, czyli zabijaj z pomysłem - recenzja

Bulletstorm - Tu nawet broń snajperska jest inna!

Strona fabularna jest rewelacyjna, ale przecież pierwsza rzecz rzucająca się w oczy to grafika. Tej nie można zbyt wiele zarzucić. Wszystko opiera się na silniku Unreal 3.5. Wielu spodziewało się klasycznego dla Epic Games, podejścia do kolorystyki. Nic z tego. Od razu uderzają w nas piękne, żywe i jasne barwy. Wszelkie poziomy są następstwem poprzednich, dzięki czemu mamy wrażenie nie tylko spójności fabuły, a również spójności świata. Kolejne etapy są zbliżone stylistycznie, dzięki czemu otrzymujemy wrażenie pędu do celu, przez niezwykle dopracowany, żywy świat. Należy do tego wszystkiego dorzucić świetną oprawę świetlną i całkowity brak skali - dla autorów pojęcie "za duże" nie istnieje. Wielkość maszyn, potworów przyprawia o zawrót głowy, jednak nie zmniejsza to wcale dbałości o detale. Chłopaki siedli i dopracowali wszystko. Nagle okazuje się, że można w grze wykorzystać wysokiej jakości tekstury w tłach, że zbliżenie już nie kłuje w oczy. Jednym słowem - rewelacja.

Muzyczna i dźwiękowa strona gry wyciąga ją ponad ogólnie przyjęte normy w grach generalnie, nie tylko w kontekście shooterów. Muzyka Krzysztofa Wierzynkiewicza i Michała Cieleckiego pozostaje w pamięci na długo. Orkiestrowe brzmienia dopasowane do sytuacji w niektórych momentach uspokajają, w innych podnoszą ciśnienie. Jeżeli EA wymyśli, aby sprzedać ścieżkę dźwiękową z gry w formie płyty CD, będę jednym z pierwszych w kolejce do zakupu. Głosy podłożone są rewelacyjnie, ale może być to kwestia zatrudnienia - moim zdaniem mistrza voice-actingu - Steve’a Bluma (w roli naszego głównego bohatera) oraz fantastycznej Jennifer Hale (jako Trishka Novak). Dialogi w ich wykonaniu są po mistrzowsku przerysowane, a dzięki temu nie mamy do czynienia z kolejną ckliwą historią o niczym, za to otrzymujemy wybuchowo przebojową komedię, która naturalnie powoduje wybuchy śmiechu u gracza.

Zobacz również:

Bulletstorm, czyli zabijaj z pomysłem - recenzja

Bulletstorm - Strzelanie na punkty? I to w jakim stylu!

Cała rozgrywka polega na tym, na czym polegają wszelkie shootery - na strzelaniu. To dosyć oczywiste stwierdzenie, jednak w tym wypadku mamy tu "małe" ale. Owo "ale" to system skillshotów. Fakt, któremu strzelanki zawdzięczają swoją nazwę, został rozbity na części pierwsze, po czym stworzono kreatywny system zabijania za punkty. Może się to wydać dziwne, lecz sam system przypomina nieco rozwiązania występujące w serii gier samochodowych Burnout. Szokujące, ale takie odnosi się wrażenie, gdy za kolejnych zabitych wrogów dostajemy punkty, które możemy przeznaczyć na ulepszenie broni, dodatkową amunicję czy strzały specjalne. Oczywiście nikt nie broni przechodzić gry w sposób taki, jak każdego FPSa. Zabijesz wroga za co dostaniesz kilka punktów, których ilość nie pozwoli nawet pokryć kosztów amunicji zużytej na niego. Zamiast tego użyj wyobraźni, skorzystaj ze smyczy energetycznej, aby przyciągnąć przeciwnika, następnie kopnij go, po czym poślij za pomocą strzału z Łamignata (odpowiednik shotguna, ale z czterema lufami) na kaktus. Ilość punktów gwałtownie wzrośnie. Jeżeli początkowo ktoś się martwi, że jest mało sprzętu, to jest w wielkim błędzie. Autorzy zabezpieczyli potężny arsenał, który pozwala na kreatywne przerabianie przeciwników na... w zasadzie na punkty.

Szczerze się przyznam, że nie byłem przekonany jak będzie ten cały "Kill with Skill" wyglądał w rzeczywistości. Bałem się, że po kilku etapach, gracz będzie miał ochotę go pominąć i po prostu przejść grę. Myliłem się. Począwszy od pierwszej butelki alkoholu wypitej jako Grey Hunt, skończywszy na tekście "God is dead" skillshoty bawią i to bawią jak diabli. Nie nudzą się przez całą 8 godzinną kampanię i nie nudzą w trybie multiplayer.