Facebook - bez wiedzy użytkowników - przekazywał rozmowy głosowe z Messengera firmom trzecim

Facebook Inc. brał wiadomości głosowe ze swoich serwisów i dawał je do transkrypcji firmom trzecim. Skąd takie zachowanie i w jakim celu?

Irish Data Protection Commission rozpoczyna śledztwo, mające na celu sprawdzenie, czy Facebook nie naruszył obowiązujących w Unii Europejskiej przepisów dotyczących danych osobowych oraz poszanowania prywatności. Warto podkreślić, że są one bardziej restrykcyjne, niż w USA, a cała rzecz ma miejsce krótko po tym, gdy rozpoczęło się inne śledztwo - mające na celu ustalenie, czy Google nie złamało przepisów RODO. O co chodzi z tym płaceniem firmom trzecim? Otóż Facebook przekazywał swoim podwykonawcom - ich liczba określana jest na setki - wiadomości głosowe, które użytkownicy przesyłali poprzez jego usługi, m.in. komunikator Messenger. Podwykonawcy uważnie słuchali i zapisywali to, co mówili użytkownicy, a następnie zapis przekazywali do zleceniodawcy. Jak zdołano ustalić, żaden z podwykonawców nie znał źródła pochodzenia nagrań, nie miał także żadnych informacji mogących zidentyfikować autorów wypowiedzi. Gdy sprawa wyszła na jaw, wielu podwykonawców poczuło się oburzonych - ich praca okazała się nieetyczna, a użytkownicy mogą poczuć oszukani, ponieważ Facebook w żaden sposób nie uprzedził, że nagrania rozmów głosowych mogą zostać zapisane i przekazane stronom trzecim.

A co na to Facebook? Firma nie zaprzecza zarzucanym praktykom, jednak deklaruje, że zakończyła je tydzień temu, a celem tych działań było używanie transkrypcji do poprawienia mechanizmów działania sztucznej inteligencji w komunikatorach. Co ciekawe, gdy w kwietniu 2018 roku Mark Zuckerberg składał zeznania przed kongresem, zadeklarował, że jego firma nie używa wiadomości głosowych użytkowników w celach reklamowych - aczkolwiek nie podał ich innych zastosowań. A warto dodać, że transkrypcje wiadomości głosowych zostały wprowadzone do Messengera w 2015 roku. Przypominam także, że ostatnio Amazon i Apple zostały oskarżone o podsłuchiwanie użytkowników. Wychodzi zatem na to, że póki co trzeba nie tylko uważać na to, co pisze się w sieci, ale też co się mówi w obecności urządzeń elektronicznych.