Fotografia na krańcu świata

"Na zdjęciu musi być pewna nieoczywistość, a jednocześnie prawda. Musi przede wszystkim być prawdziwe, pokazywać pewną sytuację i kontekst. Dobre zdjęcie to takie, które zostaje we mnie na długo. Myślę o nim przez następne trzy dni" - z Martyną Wojciechowską rozmawiamy o fotografowaniu w ekstremalnych warunkach i zdjęciach w "National Geographic".

Martyna Wojciechowska

Martyna Wojciechowska

W redakcyjnym pokoju Martyny Wojciechowskiej wisi ogromna mapa świata i zdjęcie z Mount Everestu, na biurku panuje nienaganny porządek. Widać, że jest osobą doskonale zorganizowaną, może dzięki temu tak skutecznie łączy swoje wszechstronne pasje z życiem zawodowym. Choć podkreśla, że nie jest profesjonalnym fotografem, jej zdjęcia oglądają tysiące osób. Fotografuje, ocenia zdjęcia i bywa po dwóch stronach .

Przed obiektywem

Kiedy w 2001 r. rozebrała się dla "Playboya", pokazała, że jest wspaniałą modelką. Dziś sesję wspomina z uśmiechem, ale przyznaje, że nie powtórzyłaby tego doświadczenia.

ZOOM: Czy lubi Pani być fotografowana?

Martyna Wojciechowska: Nie lubię być fotografowana z zaskoczenia, jak każdy. Niestety, zdarza się to w związku z rozwojem profesji paparazzich. Lubię sesje fotograficzne, szczególnie takie, które są zrobione z jakimś pomysłem. Kiedy mogę odegrać kogoś innego, bawić się formą. Nie mam jednak zielonego pojęcia, dlaczego to wszystko musi tak długo trwać (śmiech), więc najczęściej odmawiam.

Kilka lat temu wzięła Pani udział w sesji rozbieranej, dla "Playboya". Trudno było Panią namówić?

Podjęcie decyzji było stosunkowo proste. Może dlatego, że inaczej to sobie wyobrażałam: że będzie bardzo komfortowo i że na tych zdjęciach nie będzie tak dużo widać. Największa praca zaczyna się z fotografem, który ma swoją wizję. Tak więc od decyzji do zrobienia zdjęć jest długa droga.

A jak wyglądało samo pozowanie?

Sesja była trudna. Robiliśmy te zdjęcia zimą, w warsztacie motocyklowym pod Warszawą. Na zewnątrz - śnieg i zawierucha, warsztat - słabo ogrzewany, więc było potwornie zimno. A ja miałam udawać, że jest upał i ociekam potem. Trzęsłam się jak osika, miałam gęsią skórkę, a fotograf krzyczał: "Wyobraź sobie, jak ci jest gorąco!". Muszę przyznać, że było to naprawdę trudne doświadczenie.

Samo rozebranie się przed obiektywem to też wyzwanie?

Wspinaczka na ostatnią górę w projekcie Korona Ziemi - piramidę Carstensz.

Wspinaczka na ostatnią górę w projekcie Korona Ziemi - piramidę Carstensz.

Przekroczenie granicy intymności nie przyszło mi łatwo. Nie mówiąc o tym, że nawet jeśli na zdjęciu jestem odpowiednio ustawiona, zasłonięta, to cała ekipa i tak widzi wszystko. Pozując nago, cały czas się myśli o tym, jak się wygląda, człowiek jest spięty.

Fotograf miał swoją wizję i zaczął ją forsować. Czułam się z tym niekomfortowo, a on mówił: "Zaufaj mi, to wygląda super", ja mówiłam: "Ale ja się z tym czuję źle". W połowie zdjęć chciałam się wycofać. Stwierdziłam, że to nie dla mnie, że się nie nadaję.

Znała Pani fotografa wcześniej?

Tak, Robiego Zuchniewicza znałam bardzo dobrze, natomiast nie wiem, czy to ułatwiało (śmiech). Rozebrać się przed kolegą, z którego dziewczyną się przyjaźni - to było naprawdę dziwne doświadczenie. Robert na szczęście podchodził do tego na dużym luzie. Nie było żadnych damsko-męskich podtekstów.

Jak więc powinna wyglądać rozbierana sesja, żeby modelka czuła się komfortowo?

Wszystko musi być zrobione z ogromnym poczuciem humoru, trzeba po prostu zacząć od tego, żeby się dużo śmiać. Jak się dużo śmiejesz na takiej sesji, na samym początku, to potem już jakoś idzie. Pierwsze zdjęcia najczęściej i tak są do wyrzucenia.

Do tych najodważniejszych zdjęć trzeba przygotowywać modela etapami?

Zdecydowanie. Na początku - wiadomo, koniecznie dać jakiś szlafroczek, przykrycie. Dopiero po jakimś czasie przekracza się tę granicę, przestaje się myśleć o nagości. Fotograf powinien też pozwolić na to, żeby to model poprowadził sesję, zamiast forsować od początku swoją wizję. W moim przypadku skończyło się to tym, że po prostu się rozpłakałam i powiedziałam, że nie chcę tych zdjęć. Dobrze jest, moim zdaniem, zrobić parę ujęć, usiąść i przedyskutować, co jest fajne, co można zmienić.

Pokazać na ekranie komputera?

Tak, to pozwala na ocenę z zewnątrz. Dzięki temu widzimy, że to wygląda dobrze i zaczynamy się ośmielać. Widzimy, jak jest ustawione światło, jak wyglądamy, czy zdjęcia nie są wulgarne. To daje duże poczucie komfortu, szybciej jesteśmy się w stanie otworzyć. Ja pozowałam w innych czasach, kiedy robiło się stykówki, odbitki. Do samego końca byłam zestresowana, jak to wyjdzie.

Wyszło świetnie.

Efekt był zadowalający, sesja podobała się nie tylko w Polsce, ale i za granicą. To mnie na pewno cieszy...

Wywiad z Martyną Wojciechowską poprowadziła Joanna Baranowska

Pełna wersja rozmowy z Martyną Wojciechowską dostępna jest w magazynie Zoom