Informatyka należy zmierzyć i mądrze nim zarządzać

Nieporozumieniem jest pogląd, że ujęcie informatyki w ramy inżynierii i biznesu zabija tak bardzo potrzebną innowacyjność. Nieporozumieniem jest także oczekiwanie, że zestandaryzowane metody pozwolą rozwiązać wszystkie problemy zarządzania.

Helmut Gläser i Marek Wierzbicki zainicjowali dyskusję (CW 30-31/2009) na temat wynagradzania informatyków, a w szczególności ich premiowania. Temat bywa często poruszany, zarówno w publicystyce, jak i w rozmowach środowiskowych. To, co mnie uderzyło, to wrzucanie "do jednego worka" kwestii ustrukturalizowanych procesów, mierzenie pracy za pomocą liczb oraz systemu wynagrodzeń, opartego na nagrodach i karach uzależnionych od tych liczb. Tymczasem, problemy są rozłączne i rozmawianie o nich jednym tchem wydaje się być jedną z przyczyn wysokiej temperatury dyskusji.

Brak ujęcia informatyki w karby zdrowego zarządzania sprawia, że cenni profesjonaliści trwonią czas na zmaganie się z tzw. oporem materii, zamiast poświęcić się zadaniom o charakterze innowacyjnym.

Na początek warto rozwiać złudzenia: nie jest prawdą, jakoby informatyka była dziedziną twórczą, na poły artystyczną. Miło, oczywiście, w adeptach informatyki podtrzymywać takie przekonanie, niemniej jest ono prawdziwe jedynie dla garstki przedsiębiorstw tworzących innowacje na skalę światową. Jest ich w Polsce kilka, może kilkanaście, pracuje w nich może kilkadziesiąt, może kilkaset osób. Część z nich, rzeczywiście, zajmuje się działalnością twórczą. Reszta, jakieś kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy osób, zajmuje się inną informatyką. W tej dziedzinie nie tyle tworzy się nowe rozwiązania i technologie, ile umiejętnie łączy i stosuje istniejące, w celu osiągnięcia ekonomicznej wartości dodanej. Ta druga informatyka jest gałęzią na styku inżynierii i biznesu. Wymaga więc takiego samego instrumentarium, jak inne dziedziny - budownictwo, logistyka, elektronika - czyli wiedzy, zestawu umiejętności oraz racjonalnego i profesjonalnego zarządzania.

Tym właśnie inżynieria różni się od rzemiosła, a poważny biznes od prowadzenia sklepu spożywczego, że trzeba w niej zarządzać za pomocą zestawu standardów, procesów oraz opisujących je miar, związanych z celami biznesowymi firmy. Niechęć informatyków do ustrukturalizowanego, systematycznego i skwantyfikowanego podejścia do swojej dziedziny wynika z wielkiego nieporozumienia. Dotąd za budowę standardów i procesów brali się ludzie nieposiadający doświadczenia informatycznego, nierozumiejący technologii i specyfiki zespołów informatycznych.

W efekcie, budowane przez nich rozwiązania procesowo-organizacyjne były przywiązane do technologii (i szybko się dezaktualizowały), biurokratyczne (i przeszkadzały, zamiast pomagać) albo pozbawione kontekstu biznesowego (i w normalnym przedsiębiorstwie nietrwałe). Zła sława "ulepszaczy IT" była przez niektóre zespoły informatyczne przedstawiana jako immanentna niezdolność informatyki do jakiegoś zestandaryzowania i opomiarowania, ale to nieporozumienie, z którego, na szczęście, organizacje informatyczne powoli, ale systematycznie wychodzą.

Czy dojrzała organizacja zabija innowacyjność?

Szeroko pokutującym nieporozumieniem jest stwierdzenie, że ujęcie informatyki w ramy inżynierii i biznesu zabija innowacyjność, tak niezbędną w tej dziedzinie. Jest dokładnie odwrotnie: to brak ujęcia informatyki w karby zdrowego zarządzanie sprawia, że cenni profesjonaliści trwonią czas na zmaganie się z tzw. oporem materii, zamiast poświęcić się zadaniom o charakterze innowacyjnym.