Jak "Windows fanboy" Linuksa testował

Instalacja

O instalacji Windows nie sposób się rozwodzić. Każdy kto zaczynał karierę od Windows 98 zapewne robił to niezliczoną ilość razy, a od tego czasu ten proces nie zmienił się znacząco. Przy instalacji Ubuntu miałem wrażenie, że jakaś tajemnicza siła (szamani Microsoftu?) powstrzymuje mnie przed tą czynnością.

Podejście numer 1.

Uruchamiam Wubi. Oczywiście nie wskazujemy instalatorowi partycji na której znajduje się Windows. Oprócz kilku podstawowych opcji mogę także wybrać środowisko pulpitu. Nazwy niewiele mi mówią, więc pozostaję przy domyślnym wyborze.

Jak "Windows fanboy" Linuksa testował

Instalator Wubi

Instalacja przebiega bezproblemowo, aż do restartu. Pojawia się menedżer rozruchu, gdzie mogę wybrać, czy chcę uruchomić Windows, czy Ubuntu. Wybieram to drugie i po chwili podziwiam komunikat o braku głównego systemu plików. Jedyne co mogę zrobić to klikać na napis OK, co nie przynosi żadnych rezultatów. Reset, sprawdzam Windows - działa. Reset, start Ubuntu i ponownie podziwiam znajomy komunikat. Naprawa tego problemu prawdopodobnie wymagała kilku kliknięć myszką, bądź stanowiła wyzwanie dla każdego miłośnika grzebania w systemie. Nie mam zamiaru się w to bawić i szukać rozwiązania. System z założenia powinien instalować się bezproblemowo. Rozważam instalację na moim domowym systemie. Znajomy dzieli się ze mną doświadczeniami z instalacji Ubuntu za pomocą Wubi. Rezygnuję z tego pomysłu.

Podejście numer 2.

Postanawiam zainstalować Ubuntu z CD, jako jedyny system na dysku. Odwiedzam stronę Ubuntu.pl i pobieram ISO z Ubuntu 8.10 PL (Intrygująca Iranka). Jest to po prostu spolszczona wersja Ubuntu, z której usunięto niepotrzebną dla polskojęzycznego odbiorcy zawartość. Dowiaduję się, że wyposażono ją między innymi w najróżniejsze oprogramowanie, kodeki, wsparcie dla formatu .docx (Office 2007) oraz "pełen compiz z emeraldem" (cokolwiek by to nie znaczyło). Uruchamiam komputer z płyty i wybieram opcję wypróbowania Ubuntu bez instalacji systemu. Po minucie wczytywania ekran gaśnie, a dioda monitora sygnalizuje brak sygnału. Ciemność widzę. Czekam przez grzeczność parę minut, resetuję komputer i wybieram opcję instalacji Ubuntu. Efekt jest identyczny. Znajduję w menu instalacyjnym opcję uruchomienia w bezpiecznym trybie graficznym. Sukces.

Instalator oferuje mi kilka opcji. Zerkam do ręcznych ustawień, widzę propozycje kilku dziwnych formatów, wycofuję się pośpiesznie i wybieram opcję instalacji automatycznej. Po kilku minutach instalacji znowu gaśnie mi ekran. Panika. Spokojnie, to tylko tryb oszczędzania energii. Koniec instalacji i restart.

Start

Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Okienka jak okienka, a że pasek zadań znajduje się na górze, a nie na dole, to naprawdę robi niewielką różnicę. Obsługa Ubuntu bardzo przypomina Windows i w większości przypadków jest nieskomplikowana. Sprawdzam zajętość twardego dysku i okazuje, że Ubuntu PL zajął mi niecałe 4 GB. Gdy ostatnio sprawdzałem dysk systemowy Visty (na którym znajduje się też Office 2007 i kilka innych programów) znajdowało się na nim ponad 50 GB danych.

Jak "Windows fanboy" Linuksa testował

Firefox w Ubuntu

System z miejsca sygnalizuje połączenie z Internetem. Rozdzielczość mi nie pasuje. System informuje mnie o sterownikach własnościowych do karty graficznej i nakazuję ich włączenie. Uzyskuję żądaną rozdzielczość, ale z bliżej nieznanych mi powodów nie mogę zmienić częstotliwości odświeżania obrazu. Macham na to ręką. Z ciekawości zaglądam do ATI Catalyst Control Center. Zawartość znajoma, ale nieco zubożona. Podczas włączania takich efektów jak antyaliasing, czy filtrowanie anizotropowe, zamiast silnika graficznego widać jedynie zrzuty ekranowe. Drobiazg bez większego znaczenia.

Jak "Windows fanboy" Linuksa testował

ATI Catalyst Control Center w wersji na Linuksa

Moją uwagę przykuwa jedna z ikonek na górnym menu. Wow. Trafiłem właśnie na aktualizację systemu. Nie dość, że mam możliwość aktualizacji do najnowszej wersji Ubuntu (9.04PL Jurny Jarząbek), to na dodatek system znalazł 206 innych dostępnych aktualizacji. Czuję się niemal jak w domu, ale nawet takiemu staremu fanboyowi Windows jak ja, liczba aktualizacji imponuje. Zerkam na listę aktualizacj i czytam: apt - zaawansowana nakładka dpkg. Rezygnuję z dalszej lektury i aktualizuję wszystko jak leci.

Jak "Windows fanboy" Linuksa testował

Liczba aktualizacji Ubuntu robi wrażenie

Wieczór spędzam na poznawaniu podstawowych funkcji systemu. Co krok potykam się o opcje dodawania płomieni, dymków, chmurek, animacji latających słoni, trójwymiarowości, przejrzystości okien i innych wodotrysków upiększających pulpit, co zaczyna powoli mnie drażnić. Ktoś tu psioczył na Windows Aero?