Koniec porno w szkołach

Uczmy się na błędach

Pod koniec lat 90. istniało kilka grup aktywistów, którzy z dużym poświęceniem wyszukiwali strony błędnie zaklasyfikowane przez firmy produkujące oprogramowanie filtrujące i każdy taki przypadek starannie nagłaśniały jako kolejny argument niedopuszczalnej restrykcyjności filtrów.

Istotnie, w kilku przypadkach udało się obnażyć nieetyczne praktyki producentów, którzy potrafili np. do listy stron filtrowanych ze względu na "nieodpowiednią treść" dodać adresy... konkurencji.

W części przypadków były to serwisy celowo tworzone przez grupy, takie jak Peacefire. Sprawiały one wrażenie kontrowersyjnych, a następnie były zgłaszane do ocenzurowania, po to by później można było wykłócać się, że strona "zawierała tylko kontrowersyjny cytat" i nie powinna być blokowana. Gdy w polskiej szkole zdarzy się przypadek nieuzasadnionego zablokowania jakiejś strony, będziemy mieć dokładnie to samo. Tym bardziej więc warto uczyć się na błędach, najlepiej cudzych.

Wymienione problemy nie spowodowały wcale masowego odwrotu od filtrowania - wprost przeciwnie, popularność filtrów treści jest tak duża, że stanowią one obecnie standardowe wyposażenie części zapór sieciowych z górnej półki, a polityka filtrowania jest normalną składową polityki bezpieczeństwa firmy. Rynek zareagował jedynie na konkretną potrzebę klientów, jaką jest zdyscyplinowanie pracowników do zajmowania się w większym stopniu tym, za co się im płaci, a w mniejszym - przeglądaniem najnowszych dowcipów, czy też stron z galeriami porno.

Problem filtrowania treści w Internecie w Stanach Zjednoczonych jest roztrząsany już przynajmniej od dekady i po wieloletnich kłótniach rynek prezentuje obecnie rozwiązania, które są zadowalające zarówno od technicznej, jak i moralnej strony. To znaczy, że za cenę średnio trzykrotnie wyższą od polskich odpowiedników producent dostarcza nam narzędzie służące do filtrowania treści, które są z różnych powodów niepożądane przez różnych klientów.

Do treści tych należy oczywiście pornografia, treści kontrowersyjne według różnych systemów wartości, ale również strony phisherskie, ruch aplikacji do wymiany plików (P2P), a także czaty, portale internetowe i... serwisy z ofertami pracy - bo i one mogą być niepożądane według systemów wartości obowiązujących w niektórych firmach. Kluczowy jest fakt, że klient kupuje dostęp do bazy systemu filtrującego, która jest starannie posortowana i podzielona na kategorie. Wyboru blokowanych treści dokonuje sam kupujący, zaś zadaniem producenta jest dostarczanie klientowi regularnych aktualizacji w każdej dziedzinie.

Narzędzia i narzędzia

Producenci aplikacji wypracowali pewien branżowy standard dla produktów filtrujących treści internetowe. Obejmuje on wszystko co dotychczas okazało się ważne i skuteczne, ale równocześnie możliwości przystosowania do wymogów konkretnej instytucji. Warto się tym zrębom dobrej praktyki w projektowaniu systemów filtrowania przyjrzeć bliżej, by w przyszłości nie być zaskoczonym oskarżeniami o zbyt głębokie (lub też za mało skuteczne) ingerowanie w treści dostępne na szkolnych komputerach.

Przede wszystkim producent nie ma prawa brać na siebie decyzji o tym, jakie konkretne treści mają być filtrowane. Jego rola kończy się na dostarczeniu bazy, zawierającej posortowane według kategorii adresy stron - zadaniem klienta jest określenie, które konkretnie kategorie mają być blokowane, a które nie. Po drugie, końcowy użytkownik zawsze wie, że coś zostało zablokowane i najczęściej dowiaduje się dlaczego - system zamiast pożądanej strony wyświetla informacyjną winietkę z nazwą kategorii.

Po trzecie, klient musi mieć możliwość zareagowania, jeśli baza - co się oczywiście może zdarzyć - będzie zawierać stronę błędnie sklasyfikowaną. Dostępne na rynku produkty oferują tutaj dwie możliwości - wpisanie na "białą listę" i reklasyfikację. Pierwsze z nich polega na wpisaniu danego adresu na listę stron, które będą przepuszczane pomimo, że zostały sklasyfikowane przez producenta w danej kategorii. Umożliwia to szybkie odblokowanie niesłusznie zablokowanego adresu.

Drugie podejście - słuszniejsze, ale bardziej czasochłonne - to reklasyfikacja, która polega na wysłaniu do producenta zgłoszenia, że dana strona jest błędnie zaklasyfikowana i jaka powinna być jej właściwa kategoria - być może żadna z blokowanych? Takie sprzężenie zwrotne umożliwia ciągłe ulepszanie bazy, zgłaszać można też strony, które nie są blokowane, a powinny być.

W tym świetle istniejące polskie aplikacje wypadają dość niekompletnie. W chwili obecnej liderami na polskim rynku są dwie aplikacje - Cenzor i Opiekun. Obie, funkcjonalnie bardzo podobne, są programami instalującymi się rezydentnie w systemie Windows i blokującymi wybrane połączenia na podstawie tworzonej przez producenta bazy zakazanych stron, która jest następnie pobierana w formie aktualizacji.

Zaletą polskich produktów jest cena - licencja na jedno stanowisko kosztuje od 50 do 70 zł, co przy koszcie całej pracowni komputerowej stanowi stosunkowo niewielki procent kosztów. Ale czy jedynie o to chodzi? Warto więc, by podczas prac nad projektem odpowiednich regulacji Ministerstwo Edukacji Narodowej wzięło pod uwagę te kryteria jako wytyczne dla systemów filtrowania treści rekomendowanych dla szkół.