Koniec porno w szkołach

Wprowadzenie filtrowania treści internetowych w polskich szkołach jest raczej przesądzone. Warto jednak zastanowić się, jak to zrobić w praktyce, by uniknąć oskarżeń o nadgorliwość lub też zbytni liberalizm.

Jeśli wpiszemy w popularnej wyszukiwarce interneowej słowa kluczowe, jakie bez trudu mogą przyjść do głowy przeciętnemu uczniowi podstawówki, takie jak "nastolatki" albo "filmy do ściągnięcia" to przez pierwszych kilka stron będziemy się zastanawiali, który z wyników rzeczywiście nadawałby się do pokazania dziecku.

W przypadku "nastolatek" na pierwszych kilkunastu stronach wyników adresów prowadzących do serwisów innych niż pornograficzne jest dosłownie kilka. W przypadku "filmów" już pierwsze linki otworzą przed siedmiolatkiem tajemnice gang-bangów, double-anali i innych przyrodniczych ciekawostek, do których nawet dorosły człowiek powinien podchodzić z dużą wiedzą o fizjologii i higienie.

Dla większości dorosłych użytkowników Internetu nie stanowi to specjalnego problemu - ot, jest popyt, więc strony są wysoko pozycjonowane. Biznes jak biznes. Strony z pornografią rozpoznajemy od razu i - jeśli nie tego szukamy - z łatwością je omijamy. Jest to ten sam mechanizm obronny, który pozwala nam bezbłędnie rozpoznawać i kasować listy zaczynające się od "enlarge your penis" i wszelkiego rodzaju łańcuszki.

Zapewne dlatego pomysł filtrowania Internetu w szkołach poruszony kilka tygodni temu przez nową obsadę Ministerstwa Edukacji Narodowej wzbudził komentarze raczej negatywne. Dyskusja o filtrowaniu trwa i ciąży raczej ku temu, by wyznaczyć rozsądne ramy dla filtrowania, niż rezygnować z planów jego wprowadzenia. Taki kierunek dyskusji jest pragmatyczny, bowiem pozwala odejść od emocji i skupić się na konkretach.

Fakty i mity

Argumentacje w dyskusji na temat filtrowania można z grubsza podzielić na trzy grupy: filtrowanie Internetu w szkołach jest cenzurą, a wszelka cenzura jest zła, więc kto chce cenzurować, jest zły; filtrowanie nic nie da, każdy zdolny uczeń to obejdzie, więc po co tracić pieniądze; zamiast tego nauczyciele powinni pilnować uczniów oraz ich edukować; filtry są niedoskonałe, według amerykańskich badań filtrują 25% stron medycznych i dlatego absolutnie nie powinny być stosowane w szkołach.

Dyskusji o filtrowaniu Internetu w szkołach nie można prowadzić w oderwaniu od rzeczywistości, która jest opisana powyżej. Zalew stron pornograficznych w wynikach wyszukiwarek jest faktem, który nie podlega dyskusji. Wcale nie mamy do czynienia z sytuacją, w której przedwcześnie rozwinięty siedmiolatek z zapałem wyszukuje w sieci darmowe galerie porno, bo dla chcącego istotnie nie ma rzeczy nie do obejścia. Mówimy o sytuacji, w której twarda pornografia wpycha się do wyszukiwarek sama i starannie pozycjonuje na szczycie listy wyników, czekając na klientów.

W aktualnej dyskusji pojawia się argument, że zamiast filtrować, należy lepiej nadzorować uczniów i edukować ich w zakresie tego, co oglądać można, a czego nie można. Łatwo jest snuć tego typu wizje, jeśli nie jest się nauczycielem, dlatego należy założyć, że potrzeba filtrowania lub jej brak powinna być dyskutowana przez samych pedagogów, którzy edukują się właśnie w celu podejmowania takich decyzji z dobrem dziecka na pierwszym planie. Tymczasem w samym środowisku pedagogicznym popyt na tego typu technologie jest bardzo duży.

Nie jest to bynajmniej nagły zwrot w polityce MEN, który - jak chciałaby część mediów - nastąpił po nominacji na stanowisko ministra Romana Giertycha. Wprowadzanie oprogramowania filtrującego do pracowni komputerowych zaczęło się dużo wcześniej, za rządów ministrów reprezentujących zgoła odmienną opcję polityczną. Pomagał w tym również unijny Europejski Fundusz Socjalny, który w ubiegłym roku współfinansował ponad sześć tysięcy pracowni komputerowych dla szkół i ponad półtora tysiąca dla bibliotek, wszystkie wyposażone w oprogramowanie filtrujące. Zapomina o tym część dzisiejszych komentatorów, odkrywających kolejne "tajne projekty cenzury Internetu Giertycha".

Uciekanie od jasno postawionego zagadnienia: czy dzieci w szkole mają mieć dostęp do twardej pornografii, w kierunku wydumanych rozważań o cenzurze w Chinach i Białorusi, świadczy o niezdolności do pogodzenia się z faktem, że ta pornografia po prostu jest dostępna, i to łatwo. Dlatego kwestię celowości lub niecelowości filtrowania Internetu w szkołach pozostawmy ich dyrektorom oraz Ministerstwu Edukacji i skupmy się na dyskusji, do jakiej z kolei środowisko informatyczne jest kompetentne - nie czy filtrować, ale jak to robić.