Mospan komputer

Gdyby rzeczywistość odpowiadała filmom, odsetek morderców w społeczeństwie zbliżałby się do 50 procent, Amerykanie wygrywaliby każdą wojnę przed drugim śniadaniem, a wymuskani dżentelmeni w średnim wieku zdobywaliby kobiety mrugnięciem oka.


Gdyby rzeczywistość odpowiadała filmom, odsetek morderców w społeczeństwie zbliżałby się do 50 procent, Amerykanie wygrywaliby każdą wojnę przed drugim śniadaniem, a wymuskani dżentelmeni w średnim wieku zdobywaliby kobiety mrugnięciem oka.

Ale jest coś, co twórcy filmów pokazują, popuszczając wodze najdzikszym fantazjom. Tym czymś są komputery. Zarówno dojrzewający nastoletni haker, włamujący się do rządowych systemów komputerowych ze swojego Commodore 64 z interfejsem przypominającym WordPada, czy droid, bardziej skomplikowana wersja robota, który rozumie każde wypowiedziane słowo i wzmacnia odpowiedzi ironią, żeby być lepiej zrozumianym, jak i wiele innych nieprawdopodobnych pomysłów zasługuje na podsumowanie. Komputer ma wszelkie podstawy do zaskarżenia Hollywood o zniesławienie.

Tym razem spróbujemy być równie hojni, jak Amerykańska Akademia Filmowa przyznająca Oskary. Sporządzimy Top 10 największych mitów komputerowych, którymi karmią się bez opamiętania filmy i telewizja. Większość z nich powstała w czasach kręcenia pierwszych "Supermanów" czy "2001 Odysei kosmicznej" i jest bezlitośnie eksploatowana do dziś. Proszę wyciągać chipsy, światła gasną, zaczynamy.

1. Włamywanie się do komputerów jest dziecinnie proste.

W filmach grają tylko Maki. Pecety odpadają na castingach?

W filmach grają tylko Maki. Pecety odpadają na castingach?

Każdy, kto zapomniał swojego hasła do systemu Windows, potwierdzi, że dostanie się do komputera bez tych kilku znaków to nie byle co. Ale nie w filmach. W nich najczęściej używana metoda to seria prób i błędów, zresztą niezbyt długa. Jeśli bohater znajduje się po właściwej stronie podziału na dobrych i złych, sukces jest murowany. Weźmy jako przykład "Kod dostępu". Nie ma w naszej redakcji zatwardziałych hakerów i może dlatego nie wydaje nam się możliwe włamanie do rządowego systemu komputerowego dzięki szybkiemu wystukiwaniu haseł przez osobę poddawaną jednocześnie oralnym pieszczotom. Gafy informatyczne osiągają niezły poziom w dalszej części filmu, na przykład kiedy postać grana przez Hugha Jackmana przystępuje do tworzenia wirusa tak, jakby układała komputerowe ekwiwalenty cegieł jeden na drugim. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że godziny spędzone przy "Tetrisie" pozwolą wykształcić podobne umiejętności.

Ale naszą nagrodę w tej kategorii przyznajemy scenie z filmu "Człowiek demolka", w której znany ekspert komputerowy Sylvester Stallone radzi sobie skutecznie z tym cholernym ekranem "Permission denied", zwyczajnie wklepując "override". Tę lekcję polecamy administratorom i użytkownikom sieci.

2. Komputery zawsze mają podejrzane zamiary.

Filmowe komputery nie wiedzą, co to interfejs graficzny.

Filmowe komputery nie wiedzą, co to interfejs graficzny.

Można zacytować wiele gróźb wypowiadanych przez komputery pod adresem człowieka, ale dotąd to czysta konfabulacja. Oprócz laptopów z bateriami od firmy Sony żaden inny komputer nie ma zamiaru zmiatać ludzkości z powierzchni ziemi.

Ale to nie hamuje fantazji scenarzystów, którzy zakładają, że odpowiednio mocna maszyna nieuchronnie zyska świadomość i będzie mogła się odkuć za wszystkie krzywdy. Terminator, Superman III, bohater "Matriksa" - oni wszyscy powstrzymują komputery, które chcą chwycić nas za gardło.

Ale nie zamierzamy twierdzić, że krzemowi bad boys są niereformowalni. To stało się na przykład w filmie "Gry wojenne" (1983), kiedy komputer zdał sobie sprawę z groźby porażki i z machiny nakręcającej wojnę stał się orędownikiem pokoju. Następnym razem, kiedy twój pecet stanie się nadmiernie impertynencki, odpal "Pasjansa" i naucz gagatka trochę cierpliwości.

3. Interfejs użytkownika nie poprawił się od 1982 roku.

Przytłaczająca większość pecetów na świecie chodzi pod kontrolą Windows oprócz… tych na szklanym ekranie. Tutaj typowy system jeszcze nie doczekał się graficznego interfejsu. Na przykład dalej tkwi w świecie zer i jedynek, które hulają po ekranie. Ciekawe, który z komputerowych geniuszy będzie w stanie odczytać i rozszyfrować w locie przewijające się sekwencje liczb binarnych.

Odpowiedź na to pytanie dała Sandra Bullock w ciężko skretyniałym filmie "Sieć" z 1995 roku. W mgnieniu oka jej ekran zapełnia się przypadkowymi liczbami, następny usiany jest ikonami wielkości książki, wreszcie 58-punktowy tekst wypełnia go, krzycząc "Unauthorized access".

Ta scena również wpisuje się w obowiązujące w Hollywood złote reguły. Każdy font musi być co najmniej pięciocentymetrowej wielkości, aby kamera mogła najechać ponad ramieniem piszącego i odczytać jego pocztę. Oczywiście z powodu tak dużych liter mieści się na ekranie nie więcej słów niż tuzin. To może tłumaczyć, dlaczego każdy aktor pisze na klawiaturze tak szybko.