Przez Xbox Game Pass odechciało mi się grać

Xbox Game Pass - usługa przez wielu kochana, przez wielu krytykowana. Tak duża biblioteka gier daje ogromne możliwości, jednak trzeba umieć z niej korzystać.

Przez Xbox Game Pass odechciało mi się grać (fot. Damian Kubik/PCWorld.pl)

Mówi się, że od przybytku głowa nie boli. Może i tak. Pod warunkiem, że tym przybytkiem potrafi się odpowiednio zarządzać i posiada się rzadką umiejętność jasnego stawiania granic. Xbox Game Pass w tej chwili oferuje grubo ponad 100 gier, do których mam dostęp praktycznie w każdej chwili, korzystając z peceta lub konsoli. Z bólem serca muszę jednak przyznać, że Game Pass spowodował, że odechciało mi się grać. Jak do tego doszło?

Spalone PS4? To oznacza zmiany

Po kilku latach korzystania z konsoli PS2, później PS3 oraz PS4 nadszedł dzień, kiedy ta ostatnia nie wytrzymała i odeszła z tego świata w akompaniamencie lekkiego "strzyknięcia" pod czarną, matową obudową. To był ważny dzień, bo nie tylko pożegnałem się z jedną z najlepszych konsol jakie do tej pory miałem, ale także postanowiłem przesiąść się (przynajmniej na jakiś czas) na sprzęt sygnowany marką Xbox. Nie ukrywam, że jednym z powodów był Xbox Game Pass. Pierwszy miesiąc za 4 zł, później niecałe 55 złotych miesięcznie, a za to mam dostęp do ogromnej liczby gier? Do tego jeszcze w każdej chwili mogę zrezygnować? Na papierze wygląda to świetnie. W ten sposób w moim domu zawitała czarna skrzyneczka nosząca dostojną nazwę Xbox One X.

Zobacz również:

  • Xbox Game Pass 2022 - kompletna lista gier. Sprawdź, w co jeszcze zagramy w tym roku
  • Logitech G Cloud Gaming - premiera, cena, specyfikacja. Czym będzie handheld do Xbox Game Pass?
Przez Xbox Game Pass odechciało mi się grać

Konsola stała się magazynem niewykorzystanego potencjału Game Passa (fot. Damian Kubik/PCWorld.pl)

Kuuupa wstydu

Praktycznie każdy gracz w swojej karierze doczekał się momentu, w którym jego kupka wstydu rośnie w zastraszającym tempie. Co więcej, zapewne także każdy gracz ma świadomość, że do gier będących na samym dole rzeczonej kupki już nigdy nie wróci. I co w takiej sytuacji robi prawdziwy pasjonat? A w zasadzie co ja robię? No właśnie. Zamiast odgrzebać się z zaległych tytułów, dzięki Xbox Game Pass dołożyłem na jej szczyt solidną porcję nowych (i starych) produkcji, które "po prostu muszę znać i ograć" bo tak wypada.

W ten właśnie sposób na dysku mojej konsoli wylądowało kilka nowych gier. Gdyby nie ograniczenie związane z jego pojemnością, zapewne ściągnąłbym kolejne produkcje. Nie będę ukrywał, że skończyło się to dla mnie fatalnie. O ile wcześniej, kiedy większość gier kupowałem w fizycznym wydaniu, miałem poczucie uciekających z portfela pieniędzy i rzeczywistej wartości danego produktu. Szedłem do sklepu, wybierałem z półki interesujący mnie tytuł i płaciłem za niego. Wymieniałem żywą gotówkę na towar, który stawał się moją własnością i miał dla mnie realną wartość.

elden_ring

Pudełkowe wydanie gry sprawia, że czuję jej realną wartość (fot. Damian Kubik/PCWorld.pl)

Co bym zrobił, gdybym na wejściu do sklepu zostawił kasjerowi 50 zł, i powiedziałby do mnie: "wchodzisz i bierzesz co chcesz i ile chcesz. Pamiętaj tylko, że jak za miesiąc nie zapłacisz to gry magicznie przestaną działać"? Zapewne dokładnie to samo co w przypadku Game Passa. Spakowałbym tyle gier ile jestem w stanie unieść a po powrocie do domu położył je na półce i włączył serial na Netflix.

Właśnie tak się działo na początku mojej przygody z abonamentem. Na dysku miałem całą masę rozpoczętych i niedokończonych gier. W pewnym momencie doszło do tego, że wolałem włączyć sobie serial na Netflix niż zastanawiać się, w co mam ochotę zagrać w tej chwili. Po prostu realnie odechciało mi się grać. Sprawdzanie nowych pozycji przestało mnie bawić a zaczęło męczyć.

Diablo moim wybawcą

Od momentu zakupienia konsoli i abonamentu, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że praktycznie przez dwa miesiące nie grałem. Konsola była magazynem niewykorzystanego potencjału Game Passa i straconych pieniędzy. Oczywiście była także narzędziem do wymienionego wcześniej Netflixa.

diablo_2

Ten Barbarzyńca pomógł mi ponownie pokochać gry (fot. Damian Kubik/PCWorld.pl)

Prawdziwym wybawieniem okazała się premiera Diablo 2: Resurrected. Postanowiłem wtedy, że ten odświeżony klasyk będzie jedynym tytułem, jaki będzie na mojej tapecie. Kupiłem grę, poczułem upływ pieniędzy i z miejsca anulowałem subskrypcję Xbox Game Pass. Z Resurrected bawiłem się doskonale. Nie miałem z tyłu głowy poczucia, że może włączę coś innego, bo może warto odpocząć od Sanktuarium. Dzięki temu moja chęć do grania i odkrywania nowych światów (albo tak jak w przypadku Diablo starych, ale niezwykle wciągających) powróciła ze zdwojoną mocą. Przy okazji odkryłem pewną niezwykle ważną rzecz.

Xbox Game Pass to kapitalna usługa, ale trzeba umieć z niej korzystać

Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że z Game Passa zacząłem korzystać zupełnie świadomie. Nie kupuję subskrypcji na długi czas z myślą, że może niedługo pojawi się coś super. Z oferty korzystam w momencie, kiedy na daną grę nie chcę wydawać pełnej kwoty bo wiem, że po ukończeniu wątku głównego, raczej kolejny raz do niej nie wrócę. Tak było w ostatnim czasie m.in. z Marvel's Guardians of the Galaxy czy Halo Infinite. Przygody Master Chiefa rozpocząłem w okolicach premiery, jednak tak jak w przypadku wszystkich innych gier w tamtym czasie - nie ukończyłem jej. Po zmianie nastawienia skończyłem doskonały główny wątek rzeczonego Halo oraz poznałem wspaniałą przygodę Strażników Galaktyki.

(Wśród wielu świetnych gier znajdziemy np. taki tytuł jak Sniper Elite 5)

Teraz Game Passa nie mam. Zapewne subskrypcję odnowię, aby ograć odświeżoną wersję Shadowrun Trilogy. Akurat do tego czasu zapewne uda mi się ukończyć wyczekiwane przez długi czas The Quarry.

Xbox Game Pass jest fenomenalną usługą, która daje wiele możliwości. Pozwala w niskiej cenie poznać wiele świetnych produkcji. Niestety trzeba umieć z niej korzystać, ponieważ w innym przypadku może skończyć się to jak u mnie, czyli typowym gamingowym kacem, przez którego nie chciało mi się grać. A przecież tak bardzo to lubię.