Rachunek za porno dla staruszków, którzy nie wiedzą czym jest p2p

Sporą popularnością w Wielkiej Brytanii cieszy się historia o parze staruszków, którzy kilka dni temu otrzymali list z nakazem zapłaty 500 funtów brytyjskich za rzekome pobranie z sieci pełnego gejowskiego filmu porno. Oczywiście w całej historii pojawił się pewien haczyk - pozwani nie mają pojęcia jak ściągnąć z sieci jakiekolwiek dane, nie mówiąc już o wymienionej produkcji.

"The Guardian" opisał historię 60-letniego małżeństwa, które kilka dni temu otrzymało od firmy prawniczej z Londynu list z żądaniem zapłaty 500 funtów brytyjskich kary za rzekome pobranie z sieci gejowskiego filmu porno. Kara miała być zadośćuczynieniem za "wyraźne złamanie praw autorskich". List wysłany został z londyńskiej firmy prawniczej Davenport Lyons, która działała na zlecenie niemieckich producentów porno. Film o którym mowa był 115 minutowym porno, które nawiązywało do II Wojny Światowej.

Oskarżeni powiedzieli, że nie tolerują pornografii i nie mają pojęcia jak cokolwiek ściągać z sieci. Dodali, że bez pomocy swojego syna nie potrafią nawet dokonać zakupu na iTunes.

Przypadek małżeństwa z Hertfordshire nie jest odosobniony. Z rozmaitych źródeł wynika, że w Wielkiej Brytanii coraz więcej osób otrzymuje ostatnio listy z absurdalnymi żądaniami zapłaty za programy, których nigdy nie pobrali z sieci. Na forach slyck.com czy torrentfreak ponad 25 tysięcy osób zgłosiło, że otrzymało ten sam list (oraz jego drugą, jeszcze bardziej wulgarną wersję). Gdyby wszyscy z nich zapłacili, firma pozywająca zarobiłaby więcej niż jakikolwiek film pornograficzny w dziejach.

Michael Coyle zajmujący się podobnymi sprawami powiedział dla "The Guardian", że choć właściciele praw autorskich faktycznie muszą szukać sprawiedliwości, to muszą wcześniej koniecznie ustprawnić metodę egzekucji. Obecnie absurdalna sytuacja, w której matka otrzymuje list z oskarżeniem jej 14-letniego syna o pobieranie porno, powoli staje się normą.

Wiadomo, że technologia używana do namierzania internetowych piratów jest bardzo archaiczna. Firmy prawnicze zwykle jedynie zgłaszają się do dostawcy internetowego i domagają się podania danych jego połączenia. Następnie wysyłają list z odpowiednim żądaniem. Metoda jest oczywiście niezwykle zawodna.

Gry również na celowniku

W artykule pozwani o piractwo nie wiedzą czym jest "peer-to-peer" opisaliśmy ostatnią sprawę dotyczącą oskarżenia Atari o kradzież gry komputerowej. Na początku listopada dwaj bracia mieszkający w Szkocji (54 i 66 lat), otrzymali od Atari list ostrzegawczy, w którym napisano, że jeśli natychmiast nie wpłacą ponad 800 dolarów na konto firmy, to zostaną pozwani do sądu. Żądanie dotyczyło gry wyścigowej Race07, którą rzekomo mieliby nielegalnie pobrać z internetu Szkoci. W tym wypadku oskarżeni również nie mieli pojęcia o co właściwie chodzi.

Pytanie do czytelników: czy ktoś z Was otrzymał kiedyś podobny list? Jeśli tak, to prosimy o kontakt.