Rise of Legends - pojedynek magii z techniką

Trzy lata minęły od premiery Rise of Nations. Wiele się od tego czasu zmieniło. Ot choćby to, że autorzy tworząc sequel zdecydowali się całkowicie zerwać z tradycją, którą ustanowiła "jedynka". Tylko spójrzcie... Gdzieś w odległym Aio, w świecie, w którym magia i technologia stanowią dwie przeciwne sobie siły, odkryto moc, która na zawsze może zmienić bieg historii. Rise of Nations: Rise of Legends rzuci was w wir wydarzeń, które zapamiętacie na długo.

Rise of Legends - pojedynek magii z techniką

Malownicze miasto Vinci

Wiele, naprawdę wiele nieprzespanych nocy musiało minąć, abym mógł w spokoju opowiedzieć wam moją historię... Siedziałem na murach Sattariusa, jednej z najpotężniejszych fortec jakie zbudowała nasza doskonała cywilizacja. Wszechobecne machiny, choć napędzane jedynie parą i skomplikowanym systemem przekładni, doskonale sprawowały swoją rolę. Odłożyłem muszkiet na bok - w końcu od dłuższego czasu nic nie wskazywało na to, że może wydarzyć się coś złego. Niestety, kilka ostatnich tygodni było jedynie ciszą przed burzą.

Najpierw poczułem delikatne mrowienie. Spojrzałem na mojego towarzysza. Jego pytający wzrok powiedział mi, że i on odczuł to samo. Spojrzałem w dal... - Alinowie! Drrrr - Powietrze rozerwał przeszywający dźwięk mechanicznego alarmu. - Szyyykowaaać się!. - Zbiegłem po schodach. Nawet nie wiem kiedy chwyciłem za broń. - Formować szereg! - Doża był już w swoim mechanicznym kolosie.

Cóż to był za widok! Kilka ton żelaza i drewna na mechanicznych nogach... Najnowsze osiągnięcia technologii - małe działka obrotowe, udoskonalone pociski rakietowe... Całość zdolna poruszać się w niemożliwym dla zwykłego piechura tempie. Dołączyłem się do mojego oddziału. Patrzyłem jak uruchomiony zostaje system zębatek. Brama podniosła się. Doża postanowił stawić im czoła za mostem.

Pomioty Alinów były wszędzie. Ta magiczna rasa dysponowała zupełnie obcymi naszej cywilizacji mocami. Oni nazywali je magią i zgłębiali jej arkana, my - wkładaliśmy między bajki. Nagle pojawili się przerażający jeźdźcy, umiejscowieni na grzbietach ogromnych skorpionów. Jeden z nich wpadł w mój oddział. Kilku ludzi zostało na miejscu stratowanych. Kilku kolejnych rozerwały na pół ogromne szczypce. Krew zalewała mi oczy... Zobaczyłem, że nadchodzi coś jeszcze potworniejszego....

Biegiem do miasta! Prędzej! Prędzej! - głos Doży był niemal paniczny. Rozkazu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Uciekliśmy do miasta. Z murów oglądałem najbardziej fascynującą scenę, którą zaoferowało mi życie - Doża, po tym jak Alinowie zniszczyli mu pojazd, wyciągnął jeden z jego elementów. Stanął ma moście i poświęcając się spowodował wybuch. Most runął, a wraz z nim ogromna część armii Alinów. Upiorne spojrzenia ifrytów, golemów i innych monstrów mówiły nam, że jeszcze tu powrócą....

Filmowy kicz czy powieściowy majstersztyk?

Rise of Legends - pojedynek magii z techniką

No, bez wątpienia!

Intro do Rise of Nations: Rise of Legends jest świetne. Znakomicie wprowadza w klimat i obrazuje z jakimi nacjami będzie miał do czynienia gracz. Niestety prawie w ogóle nie prezentuje jednej z nich - Cuotl. Ci natomiast, na pewno zasługują na uwagę. Prastare moce, budowle na wzór zamierzchłych cywilizacji Azteków i Majów, totemy zamiast sztandarów i duchy zwierząt to tylko niektóre z atrakcji na jakie natkniecie się grając trzecią rasą.

Jeśli już mowa o filmach, to równie miłe są wstawki filmowe do każdej poszczególnej misji. Mimo iż pozbawione dynamiki i patosu, jakimi naszpikowane było intro, to bardzo dobrze budują nastrój przed kolejną batalią.

Wspomniane scenki składają się na fabułę gry. Ziemie Vinci targane są wojną podczas której jeden z przywódców - Doża - zabija brata głównego bohatera. Petruzzo - bo tak nazywała się ofiara - zginął w miejscu, w którym odnajduje tajemnicze znalezisko. Tyran przeoczył jednak jeden, jakże istotny fakt - Petruzzo miał brata - Giacomo - który obiecał sobie nie spocząć dopóki nie pomści śmierci swego krewniaka. Żeby było zabawniej, w całość zostają zamieszane pradawne moce i przybysze z gwiazd...

Jak sami widzicie otoczka fabularna RoL do bardzo ambitnych nie należy. Mimo, że utrzymana w podniosłym, epickim stylu i miejscami nawet zaskakująca, to nie umywa się do tej, znanej chociażby ze StarCrafta. Postacie są płytkie, bezbarwne i rażąco podzielone na "dobre" i "złe".

Wszystko to sprawia, że gracz nie przywiązuje się do swoich bohaterów. Ich żywot traktuje jedynie jako obecność lub nieobecność na polu bitwy kilku dodatkowych umiejętności - leczenia sojuszników czy zadawania obszarowych obrażeń. Szkoda, bo świat gry prezentuje się bardzo ciekawie.

Rozwój, podbój i nagrody czyli o kampanii słów kilka

Rise of Legends - pojedynek magii z techniką

Defilada na Placu Czerwonym?

Sama kampania rozwija się dynamicznie. Każda kolejna misja jest efektem wyboru jakiego dokonuje gracz za pomocą specjalnej mapy strategicznej. Zaznaczone są na niej ważne punkty strategiczne i większe jednostki wroga.

Po ukończeniu misji, przejmujesz władanie nad daną ziemią. Im więcej terytoriów posiadasz, tym większe bonusy uzyskujesz po każdym wykonanym zadaniu - często są to na przykład kontyngenty posiłkowe, które nadchodzą w najbardziej gorącej chwili.

Mapa globalna, oprócz planowania ataków, pełni także inną funkcję. To właśnie tutaj rozbudowujesz pobite miasta, przydzielasz punkty doświadczenia swoim bohaterom czy też decydujesz jakie jednostki chcesz mieć na początku kolejnej misji. Przemyślane decyzje pozwolą Ci uniknąć przykrych niespodzianek w trakcie misji.