Szczyt globalnego konfliktu

Niemożność uzgodnienia agendy nadchodzącego Szczytu Ziemi w Johanesburgu negliżuje fakty dające mocne argumenty przeciwnikom globalizacji. Fiasko spotkania na szczycie grozi pogłębieniem konfliktu.

Spotkanie na szczycie ma rozpocząć się w ostatnich dniach sierpnia pod hasłem walki z nędzą i ochrony środowiska naturalnego. Agenda miała być gotowa w połowie czerwca, ale na przygotowawczej konferencji w Bali nie osiągnięto porozumienia w żadnej z kluczowych spraw. Guardian Unlimited pisze, że do punktów spornych należą: środki dla poprawy międzynarodowych finansów i handlu, odnawialne źródła energii, zdrowie, edukacja, fundusz walki z nędzą i redukcja długów.

Stanowisko większości krajów rozwijających się wyraził lapidarnie chiński wiceminister handlu zagranicznego i współpracy międzynarodowej Long Yongtu: USA i Unia Europejska nie zamierzają wywiązać się z wcześniejszych zobowiązań, więc kraje rozwijające się nie chcą dalej rozmawiać. China Daily pisze, że powiedział to podczas spotkania w Genewie w środę ubiegłego tygodnia, na którym przedstawiciele Międzynarodowej Organizacji Handlu usiłowali przełamać impas w rundzie negocjacji rozpoczętej w listopadzie w Doha. Miał na myśli przede wszystkim kilkanaście lat bezskutecznych negocjacji Paktu Urugwajskiego nad dostępem produktów rolnych i tekstyliów z krajów biednych na rynki krajów bogatych. Powiedział po prostu, że warunkiem wstępnym dalszych rozmów jest uzgodnienie paktu do końca roku.

Pierwszy Szczyt Ziemi, który odbył się 10 lat temu w Rio de Janeiro, zakończył się uzgodnieniem środków, jakie mają zostać zastosowane dla zwiększenia dostępu ludności krajów najbiedniejszych do żywności, wody i energii. Po 10 latach okazuje się jednak, że postępu prawie nie widać, natomiast widać wyraźne pogorszenie. Na przykład odsetek ludności świata żyjącej w skrajnej nędzy obniżył się w latach 1990-1999 z 29 proc. do 23 proc., ale postęp nastąpił jedynie we Wschodniej i Południowej Azji oraz Europie Centralnej i WNP. W tym samym czasie w Afryce subsacharowej skrajna nędza dotyka o 58 mln ludzi więcej, niż w 1990 r., a 20 tamtejszych krajów, obejmujących ponad połowę ludności regionu, zbiedniało przez ten czas. 800 mln ludzi uzyskało dostęp do wody i lepszy standard sanitarny, ale wskaźnik odporności zdrowotnej dzieci spadł poniżej 50 proc. i umiera ich dziennie 30.000 na choroby uleczalne. 57 krajów jest na dobrej drodze do zmniejszenia obszarów głodu o połowę, ale tempo poprawy spadło tak, że potrzeba już 113 lat na opanowanie tego problemu w skali światowej. Dane te można znaleźć w najnowszym Human Development Report opublikowanym w środę.

Walka z nędzą i plagami jest za mało skuteczna m. in. na skutek dewastatorskiej polityki krajów bogatych. Tzw. pomoc krajom najbiedniejszym kończy się tym, że płacą one dwukrotnie więcej krajom bogatym, niż z nich otrzymują. Głównym instrumentem tej grabieży jest liberalizacja handlu światowego.

Jedną z pułapek liberalizacji czytelnie przedstawia materiał agencji Xinhua opublikowany w Peoples Daily. Chiny przystąpiły do Międzynarodowej Organizacji Handlu w listopadzie i od tego czasu obniżyły cła oraz dopuściły kapitał zagraniczny do kluczowych sektorów swej gospodarki. W tym samym czasie USA, EU, Japonia oraz w mniejszym stopniu Korea i Singapur zaostrzyły pozataryfowe warunki importu chińskich towarów. Na skutek tego np. eksport do USA obniżył się o 76,8 proc. Dalszy ciąg jest znany z doświadczeń innych krajów: kondycja rodzimych eksporterów pogarsza się, po czym zostają oni wykupieni za bezcen przez zachodnie korporacje, a po modernizacji stają się zdolne do spełniania zaostrzonych wymagań i wznawiają eksport.

Organizacje przeciwników globalizacji mają znacznie więcej do zarzucenia rządom i światowym korporacjom. Na przykład łamanie praw człowieka przez firmy, które w krajach najbiedniejszych zatrudniają dzieci, stosują przemoc i dyskryminację, lokują produkcję szkodliwą dla środowiska.

Sekretarz generalny ONZ wezwał 25 krajów, w tym grupę G-8, do ratowania szczytu. ONZ ocenia, że 3/4 tekstu deklaracji końcowej będzie można przygotować, jeśli kraje te wykażą wolę polityczną. Spotkanie odbyło się przedwczoraj z udziałem 27 państw. All Africa donosi, że było konstruktywne i zakończyło w optymistycznej atmosferze. Prowadził je południowoafrykański prezydent Thabo Mbeki, który ma być także przewodniczącym obrad w Johanesburgu.

Zadeklarowano, że w spotkaniu na szczycie wezmą udział osobiście głowy państw. Tylko Prezydent Bush uzależnił swoje zaangażowanie od stopnia, w jakim zostaną spełnione amerykańskie "priorytety rozwojowe". Oznacza to, że Bush zamierza twardą ręką pilnować posłuszeństwa grupy państw zrzeszonych w Nowym Partnerstwie dla Rozwoju Afryki (NEPAD), które stara się o pomoc amerykańską w zamian za koncesje polityczne. Inter Press Services News Agency obawia się, że może to być zarzewiem kolejnego konfliktu, gdyż Afrykańska Konferencja Organizacji Społeczeństwa Obywatelskiego jest rzecznikiem rozwiązań alternatywnych i nie zamierza ulegać dyktatowi Waszyngtonu.

Ratowaniem twarzy zajęła się także Europa. Przez cały weekend w duńskim miasteczku Soenderborg ministrowie ochrony środowiska krajów Unii próbowali opracować stanowisko na obrady w Johanesburgu, które pozwoliłoby zarazem odblokować rokowania nad liberalizacją handku zapoczątkowane w Doha. W sprawozdaniu z tego spotkania Reuters pisze, że uzgodniono pięć haseł, ale najwięcej żalu wylano na USA, które odstąpiło od realizacji traktatu z Kioto o przeciwdziałaniu ociepleniu ziemskiego klimatu, a ustawa o zwiększeniu subsydiów dla amerykańskich farmerów stoi w jawnej sprzeczności z deklaracjami otwarcia rynku dla afrykańskiej żywności.

Na obronę Europy trzeba dodać, że poszczególne kraje ze szczerym zaangażowaniem postanawiają zwiększyć pomoc dla Afryki. W ostatnich dniach np. parlament brytyjski zobowiązał rząd do zwiększenia wydatków na ten cel z 0,4 do 0,7 proc. dochodu narodowego. Natomiast protesty wzbudzają europejskie pomysły na nuklearną politykę energetyczną oraz udział europejskich korporacji w lobbyingu na rzecz zrównoważonego rozwoju, lansującym w rzeczywistości politykę rujnującą biedne kraje.