Z osiemnastką do twarzy

Aparaty cyfrowe nadal sprzedają się jak świeże bułeczki. Producenci kuszą potencjalnych nabywców dobrze sprawdzonymi metodami - milionami pikseli oraz coraz liczniejszymi iksami zoomu - pojawiają się kolejne modele oferujące aż osiemnastokrotne zbliżenia. Klientów można zwabić też nienową, ale modną ostatnio funkcją wykrywania twarzy.


Aparaty cyfrowe nadal sprzedają się jak świeże bułeczki. Producenci kuszą potencjalnych nabywców dobrze sprawdzonymi metodami - milionami pikseli oraz coraz liczniejszymi iksami zoomu - pojawiają się kolejne modele oferujące aż osiemnastokrotne zbliżenia. Klientów można zwabić też nienową, ale modną ostatnio funkcją wykrywania twarzy.

Gdy aparaty, które potrafią dziesięciokrotnie przybliżać i oddalać fotografowaną scenę, nazywamy superzoomami, to jak nazywać cyfrówki oferujące użytkownikowi obiektyw mogący przybliżyć scenę aż osiemnastokrotnie? Może mega-czy też hiperzoomami? Mniejsza o nazwę, ważne, że modeli o bardzo szerokim zakresie ogniskowej pojawia się coraz więcej. W czerwcu tego roku opisywaliśmy pierwszą tego typu konstrukcję, oferowaną przez Olympusa - model SP-550 UZ. Od tego czasu aparat doczekał się następcy (SP-560UZ) oraz konkurentów ze stajni Fujifilm (FinePixS8000) i Pa-nasonic (Lumix FZ18). W naszym laboratorium testowaliśmy już prawie wszystkie „osiemnastki" (wyniki Lu-miksa zaprezentujemy w jednym z najbliższych numerów). W dalszej części artykułu znajdziesz ich opisy, jak również dane na temat innych testowanych przez nas modeli.

Cyfrówki, które dotarły do naszej redakcji, podzieliliśmy na trzy grupy cenowe - najtańsze, kosztujące poniżej 900 zł, średnie, których cena mieści się w przedziale 900-1300 zł, oraz najdroższe, za które trzeba zapłacić nawet prawie 2 tysiące.

Polowanie na twarz

Fujifilm FinePix S8000fd z wysuniętym obiektywem.

Fujifilm FinePix S8000fd z wysuniętym obiektywem.

Trudno nie dostrzec funkcji detekcji twarzy, modnej i wzbudzającej u niektórych spore emocje. Czytając inter-netowe opisy najnowszych modeli cyfrówek, dostrzegamy, że możliwość rozpoznania przez nową cyfrówkę miejsca, w którym znajduje się twarz fotografowanej osoby, staje się równie ważna, jak zakres ogniskowej, matryca czy nawet jakość zdjęć, które rejestruje aparat. To przesada. Nie chcemy sugerować, że funkcja ta jest nieprzydatna i należy ją ignorować. Wręcz przeciwnie - używającym aparatów tylko w trybie całkowicie automatycznym pomoże „prawidłowo" naświetlić fotografowane osoby. Oznacza to jednak tylko tyle, że znaleziony motyw ma być odpowiednio jasny i ostry. W zdjęciach portretowych (a do takich właśnie przewidziano omawianą funkcję) nie zawsze jednak chodzi o szkolne pojmowanie „prawidłowego" naświetlenia twarzy. Często jest wręcz przeciwnie - to subtelność oświetlenia, czasem nawet częściowe niedoświetlenie powoduje, że zdjęcie jest ciekawe. A na pewno znacznie bardziej interesujące od takiego, na którym twarz została poddana działaniu zbyt mocnego i bezpośrednio na nią skierowanego flesza. Doceniamy pracę inżynierów, którzy stworzyli i rozwijają system detekcji twarzy, ale nie należy jej przeceniać i kierować się nią przy wyborze aparatu. Pamiętajmy, że to my robimy zdjęcia, a nie aparat. Informację na temat zaimple-mentowania omawianej funkcji w testowanym przez nas modelu cyfrów-ki znajdziesz w tabeli. Bagatelizując jej znaczenie, pominęliśmy ją przy ocenie możliwości.

Olympus SP-560UZ

Aparat bardzo niewiele różni się od opisywanego przed kilkoma miesiącami poprzednika, SP-550. Producent zastosował w tym modelu nieco większy sensor o rozdzielczości 8 Mp. Zmodyfikowanie wymiarów matrycy CCD (zamiast 1/2,5-calowego zastosowano przetwornik 1/2,3-calowy) i pozostawienie tej samej optyki spowodowały nieznaczną zmianę zakresu ogniskowej. Pole widzenia nowego modelu jest nieco szersze, odpowiada ogniskowej 27-486 mm. Korpus „me-gazoomu" Olympusa ma delikatnie zarysowaną rękojeść, która pozwala w miarę wygodnie trzymać aparat w dłoni. Do kontroli kadru służy 2,5-calowy monitor LCD oraz wizjer elektroniczny. To jedna z nielicznych cyfrówek, która pozwala na zmianę ogniskowej podczas kręcenia sekwencji filmowych.

Olympus został najlepiej oceniony z prezentowanych tym razem modeli najdroższych. Nie znaczy to, że robi najlepsze zdjęcia - wysoka ocena końcowa spowodowana była dobrymi notami za możliwości (przede wszystkim za duży zakres ogniskowej). Jeśli chodzi o jakość zdjęć, lepiej oceniliśmy model Ricoha.

Fuji film FinePix S8000fd

Kolejny „megazoom" bardzo przypomina produkt SP-560UZ Olympusa, a podobieństwo jest szczególnie widoczne w optyce. Obiektywy obydwu modeli dysponują dokładnie tą samą ogniskową (zarówno nominalną, jak i ekwiwalentem), a także światłem (f 1:2,8-4,5). Mało tego - gdy aparaty ustawiliśmy obok siebie, obiektywy okazały się identyczne. Czy zatem Fujifilm skorzystało z optyki Olym-pusa, czy też obie firmy kupiły ją od niezależnego producenta? To pewnie pozostanie tajemnicą koncernów.

Dostrzegamy także inne podobieństwa obu modeli. Mniej więcej w tych samych miejscach rozmieszczono np. koła trybów pracy, zespół przycisków nawigacyjnych wraz z czterema towarzyszącymi. Wadą obu aparatów jest brak uchwytu do zewnętrznej lampy błyskowej - w tej klasie cyfrówek, naszym zdaniem, powinien się znaleźć. Korpus Fujifilm jest jednak pod pewnymi względami lepszy od starszej konstrukcji SP-5x0 UZ - dysponuje znacznie głębszą, lepiej wyprofilowaną rękojeścią oraz obsługuje nie jeden, a dwa standardy kart pamięci (xD oraz znacznie wydajniejszy SD/SDHC). Ma też w porównaniu z tym konkurentem wadę: nie umożliwia zmiany ogniskowej podczas kręcenia filmu.

Za jakość zdjęć model S8000 oceniliśmy nieco słabiej niż produkt Olympusa. Różnice jednak są za małe, aby pozwolić na wyłonienie pewnego zwycięzcy spośród tych dwóch osiemnastek.