Zarabianie w Internecie na granicy prawa


SMS-y z ukrytymi kosztami

Test IQ i strony podające datę śmierci wymagają wysłania SMS-ów. Ich cenę (kilkadziesiąt złotych) podano drobnym drukiem.

Test IQ i strony podające datę śmierci wymagają wysłania SMS-ów. Ich cenę (kilkadziesiąt złotych) podano drobnym drukiem.

Nie brakuje również osób, które reklamują swoje strony chwytliwymi hasłami (np. "Sprawdź, czy partner cię zdradza"), po czym żądają wysłania płatnego SMS-a w celu uzyskania odpowiedzi. Problem w tym, że te SMS-y są znacznie droższe, niż mogłoby się wydawać. W ostatnich miesiącach reklamy kontekstowe zdominowane zostały przez odnośniki do stron badających IQ internautów lub podające datę śmierci.

Postanowiliśmy skorzystać z tej drugiej usługi. Chociaż w teście wykreowaliśmy ideał zdrowia: osobnika stroniącego od kawy, papierosów, żyjącego bez stresu i spędzającego czas na aktywnym wypoczynku i regularnych posiłkach, to i tak czerwony komunikat nie pozostawiał złudzeń: "data twojej śmierci jest bliska". Aby ją poznać, należało wykonać przelew w wysokości ok. złotówki lub skorzystać z płatności SMS-em. Tymczasem wystarczy lektura regulaminu, aby stało się jasne,, że płatne SMS-y mogą kosztować nawet 60 złotych, bo rzadko kończy się na jednej wiadomości.

Sztuczne systemy wymiany linków

Niektórych twórców stron wyłudzających SMS-y ruszyło sumienie, bo przestali oszukiwać internautów. Zamiast tego oszukują roboty wyszukiwarek. Jak wiadomo, Google umieszcza na wysokich pozycjach w wynikach wyszukiwania te strony, do których prowadzi najwięcej odnośników z wielu różnych witryn. Aby zdobyć takie odnośniki, można zgłaszać się do właściciela każdej strony z osobna, ale skuteczniejsze okazują się tzw. systemy wymiany linków (tzw. SWL-e).

System działa tak, że na własnej stronie umieszczamy skrypt, który wyświetla odnośniki wstawione innych użytkowników, a my zdobywamy za to punkty. Czym lepsza reputacja strony, tym więcej punktów generuje. Kiedy zgromadzimy już odpowiednią liczbę punktów, możemy je wymienić na odnośniki publikowane u innych użytkowników systemu. Można też je sprzedać osobom, które potrzebują więcej punktów, niż są w stanie wygenerować.

Google uznaje strony wykorzystujące SWL-e za niezgodne z wytycznymi dla webmasterów i często usuwa je ze swojego katalogu, więc do systemów włącza się mało wartościowe strony, nazywane potocznie zapleczem.

Oczywiście taka strona nie ma przecież żadnej reputacji, a przez to nie da się na niej zarobić zbyt dużo. Aby zysk był większy, należy więc stworzyć kilkadziesiąt takich serwisów. Prowadzi to do jednego: spamowania wyszukiwarek niepotrzebnymi stronami.

Żerowanie na cudzych domenach

Kradzież domen nie zawsze oznacza wrogie przejęcie. Istnieją też inne sposoby na to, aby wykorzystać popularność cudzej domeny. Pierwszy polega na wykupieniu błędnie zapisanych adresów popularnych stron, jak na przykład wwwallegro.pl i przekierowaniu ich na własną stronę, zawierającą np. reklamy. Wiktor Zajkiewicz, zwany królem domen (ma ich kilka tysięcy), ustawia z kolei przekierowania na własne sklepy internetowe.

Drugi sposób to wykupienie domeny, która może się komuś przydać (np. euro2012.pl) lub takiej, która nie została przedłużona na kolejny rok przez właściciela i sprzedanie jej po cenie kilkadziesiąt razy wyższej niż wartość zakupu. Jest to proste do przeprowadzenia na masową skalę, gdyż zakup domeny na pierwszy rok w promocji to zwykle wydatek rzędu 10 złotych.

Nie dać się nabrać

W Internecie zarabianie na czyimś gapiostwie lub czerpanie korzyści z naginania reguł jest wciąż łatwiejsze, niż gdziekolwiek indziej. Warto zatem mieć się na baczności, aby nie dać się nabrać. Jeżeli natomiast komuś taka wizja zarobku przypadła do gustu, powinien zadać sobie pytanie, czy warto angażować się w tak niepewny biznes jak handel wirtualnymi przedmiotami lub rejestracja domen typu wwwkowalski.pl. Natomiast ukrywanie kosztów zabaw SMS-owych czy tworzenie piramid finansowych w grach online odradzamy już stanowczo każdemu - taki biznes może szybko skończyć się w sądzie.