Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Zalety:

  • Intensywna kampania w stylu Call of Duty
  • Zmiany w rozgrywce - ulepszony system osłon
  • Zmiany w trybie multiplayer - tempa rozgrywki
  • Ogrom zawartości

Wady:

  • Pusty i nudny tryb Zombie
  • Kampania fabularna to zaledwie kilka godzin zabawy

Premiera Call of Duty Vanguard już za nami, a więc pora na kompletną recenzję gry. Jeśli jesteście ciekawi, jak w Vanguard prezentuje się kampania fabularna, multiplayer i tryb zombies, to trafiliście we właściwe miejsce.

Parafrazując słynne powiedzenie Benjamina Franklina możemy śmiało stwierdzić, że „na tym świecie pewne są tylko śmierć, podatki i coroczna odsłona serii Call of Duty". Tym razem powracamy w realia drugiej wojny światowej, a to dzięki Vanguard – odsłonie przygotowanej przez studio Sledgehammer Games. Call of Duty Vanguard nie wnosi do serii rewolucji, ale zawiera kilka elementów, które są miłym powiewem świeżości.

Kampania w stylu Call of Duty

Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Seria Call of Duty niejednokrotnie udowadniała, że potrafi zaoferować graczom znakomite, intensywne kampanie fabularne. Historie z Call of Duty: Black Ops czy CoD: Modern Warfare 2 do dzisiaj robią wrażenie. Jak to wygląda w przypadku Vanguard? Przede wszystkim Sledgehammer Games postawiło na filmowość. Nie będzie przesadą jeśli stwierdzę, że najnowsze Call of Duty pokazuje jak powinien wyglądać interaktywny film. Główna historia skupia się na grupie wyjątkowych żołnierzy, która została wcielona do specjalnego oddziału o nazwie Vanguard. Ich zdaniem jest dowiedzenie się czym jest Projekt Feniks – tajny nazistowski plany, który może odwrócić losy wojny na korzyść Niemiec.

Zobacz również:

Choć główna akcja gry dzieje się podczas ostatniego roku wojny, to dane nam będzie wziąć udział również w najważniejszych wydarzeniach II wojny światowej, a to za sprawą licznych retrospekcji. W ten sposób poznamy losy naszych głównych bohaterów: Arthura Kingsley'a, Lucasa Riggsa, Poliny Petrovy oraz Wade'a Jacksona. Po raz kolejny przeżyjemy „Lądowanie w Normadnii” (choć na szczęście już nie w pełnej krasie), trafimy na front wschodni czy do Afryki Północnej. Każdy z bohaterów otrzyma swój rozdział, który przybliży nam jego historię i zdradzi dlaczego to właśnie oni zostali przydzieleni do Vanguard.

Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Sledgehammer Games umiejętnie wykorzystało sposób narracji z perspektywy kilku osób i chcąc odświeżyć rozgrywkę obdarzyło poszczególnych bohaterów specjalnym umiejętnościami. Arthur może wydawać rozkazy swoim towarzyszom i w ten sposób eliminować strategiczne cele. Polina z kolei jest niezwykle mobilna i może poruszać się niemal w stylu parkour. Lucas to ekspert od wybuchów i zawsze nosi przy sobie nieco dodatkowego ekwipunku. Wade z kolei może „podświetlić” pobliskich wrogów. Wszystko to sprawia, że podczas kilkugodzinnej kampanii w Vanguard nie będzie nudzić się nawet przez chwilę.

Najnowsze Call of Duty pokazuje jak powinien wyglądać interaktywny film.

Wydaje się jednak, że twórcy nie wykorzystali potencjału własnej historii. Projekt Feniks i jego pomysłodawca (oraz „główny zły” gry) - Hermann Freisinger otrzymali zdecydowanie za mało uwagi. Retrospekcje to udany pomysł, ale wolałbym ten czas spędzić w „teraźniejszości” przedstawionej historii. Sam wątek jest intrygujący, choć absolutnie nie jest to poziom, wspomnianych już CoD: Black Ops czy Modern Warfare 2. Na pierwszy plan wysuwają się wyraziści bohaterowie, którzy zostali znakomicie „zagrani” przez głosowych aktorów.

Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Summa Summarum kampania w Call of Duty: Vanguard powinna zadowolić zarówno fanów serii, jak i osoby, które szukają dobrej, intensywnej, acz krótkiej historii. Ukończenie głównego wątku fabularnego nie powinno zająć wam dłużej niż 5-7 godzin.

Call of Duty Vanguard multiplayer – stary, dobry CoD z niespodzianką

Nie da się ukryć, że większość graczy kupuje każdą kolejną odsłonę Call of Duty właśnie dla trybów sieciowych. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście rywalizacja PvP, która w Vanguard doczekała się kilku ciekawych zmian i usprawnień, jednak nie zaburzają one „ducha Call of Duty”.

Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Na początek warto podkreślić, że twórcy przygotowali dla nas ogromną ilość zawartości. Do naszej dyspozycji mamy 20 zróżnicowanych map, 12 operatorów do wyboru, pokaźny zestaw broni, gadżetów i modyfikacji, liczne tryby i trzy tempa rozgrywki. Te ostanie to nowość w serii. Sledgehammer Games postanowiło zaoferować graczom większą swobodę podczas zabawy. Zamiast wybierać poszczególne tryby (co wciąż jest możliwe), Vanguard oferuje nam trzy tempa rozgrywki: taktyczne, szturmowe i szybkie. Różnią się one przede wszystkim intensywnością i liczbą graczy w danej aktywności. Pierwsze dwa to najbardziej „klasyczne” Call of Duty, która pozwala na rywalizację w grupach od 6 do 12 graczy. Szybkie tempo z kolei sprawia, że nawet najmniejsze mapy mogą wypełnić się w sumie 36 graczami, co sprawia, że starcia są niezwykle dynamiczne i chaotyczne, a przy tym sprawiają masę frajdy. Może i będziecie ginąć często, ale również regularnie będziecie zabijać wrogów.

Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Vanguard wprowadza również funkcje rusznikarza, która sprawia, że każdą broń w grze możecie spersonalizować poprzez dodanie licznych modyfikacji. Możliwy jest nawet dobór specjalnej amunicji. Ciekawy dodatkiem jest także usprawniony system osłon. W Call of Duty Vanguard znacznie bardziej intuicyjnie możecie oprzeć broń na osłonie bądź wychylić się zza rogu bez potrzeby ujawniania całej swojej sylwetki. Podczas zabawy korzystałem z tego regularnie i muszę przyznać, że pozwala to na łatwiejsze wygrywanie pojedynków nawet z dwoma graczami. Problem w tym, że w dynamicznych starciach z szybkim tempem najzwyczajniej traci to sens bowiem skuteczniejsze jest regularne przemieszczanie się po mocno zagęszczonej mapie.

Call of Duty: Vanguard Zombies – z dużej chmury mały deszcz

Tryb Zombies w grach z serii Call of Duty to już ich nieodzowny element od wielu lat. Jego pomysłodawcą było studio Treyarch. Tak się składa, że właśnie ten zespół odpowiada w Vanguard za przygotowanie kooperacyjnego trybu z umarlakami w roli głównej. Z przedpremierowych zapowiedzi wynikało, że możemy liczyć na najbardziej rewolucyjny i największy (pod względem zawartości) tryb Zombies w historii serii. Bardzo szybko okazuje się jednak, że prawda jest zgoła odmienna.

Call of Duty: Vanguard Zombies przenosi nas po raz kolejny do alternatywnej rzeczywistości, w której do jeden z nazistowskich oficerów otrzymał moc wskrzeszania zmarłych. Na froncie wschodnim nie brakowało mu „materiału”, stąd też w właśnie tam zabierze nas akcja gry. Początki w trybie Zombies w Vanguard są nader obiecujące. Strzela się przyjemnie, a zabijanie umarlaków wciąż sprawia frajdę. Szczególnie, że twórcy przygotowali kilka nowych narzędzi do ich eksterminacji. Każdą rozgrywkę rozpoczynamy od wyboru naszego „patrona”, a tym samym specjalnej zdolności. Jest to jedna z największych nowości Call of Duty Vanguard. Niestety, choć „na papierze” prezentują się one dość ciekawie, np. ochronna bariera czy zamieć śnieżna, to w rzeczywistości nie czuć w nich „mocy”. Choć bywają przydatne, to w żaden sposób nie są wstanie odwrócić losów potyczki. Najważniejsza funkcja okazuje się zatem „wydmuszką”.

Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Widać, że Treyarch starało się nieco odświeżyć rozgrywkę w trybie Zombies poprzez dodanie elementów znanych z gier rouge-like. Każdą rundę rozpoczynamy w, względnie, bezpiecznej strefie, gdzie możemy dokonać niezbędnych zakupów i ulepszeń. Problem w tym, że większość z nich w wzbudza w nas żadnych większych emocji. Większe obrażenia zadawane przez broń czy dodatkowy pancerz nie działają na wyobraźnie. Co prawda możemy ulepszać również nasze zdolności specjalne, ale i tutaj nie ma się czym ekscytować. Większość czasu i tak będziemy polegać na naszym zaufanym karabinie. Gdy już przygotujemy się do walki możemy wybrać jedną z trzech ścieżek. W zależności od naszego wyboru, tryb postawi przed nami inne cele. W jednym musimy np. eskortować lewitującą czaszkę, w innym z kolei utrzymać się przy życiu przez określony czas. Z każdą pokonaną rundą poziom trudności wzrasta i to w zasadzie tyle.

Tryb zombies w Call of Duty Vanguard przedstawia się nam jako najgorszy i najbardziej niedopracowany element gry.

Tryb Zombies w Call of Duty: Vanguard już po godzinie, dwóch nie kryje w sobie żadnych niespodzianek. Nie ma tu żadnej fabuły, epickich starć z bossami czy nawet ekscytujących zdolności. Na domiar złego dostępne obszary są niezwykle małe, co sprawia, że bardzo szybko dopadnie nas znużenie. Przy udanej kampanii i wciągającym PvP, tryb zombies w Call of Duty Vanguard przedstawia się nam jako najgorszy i najbardziej niedopracowany element gry.

Call of Duty: Vanguard – recenzja. Jest lepiej, ale wciąż daleko do ideału

Nie pociesza nas przy tym komunikat twórców, że już na początku grudnia wystartuje pierwszy oficjalny sezon zmagań w Call of Duty: Vanguard i wówczas otrzymamy nową zawartość w trybie zombies. Tak duża marka, wydawca i deweloperzy powinni bardziej szanować swoich klientów i nie oferować im w dniu premiery półproduktu.

Call of Duty Vanguard – kupić, odpuścić czy poczekać?

Studio Sledgehammer Games pokazało, że dobrze czuje się w realiach drugiej wojny światowej. Call of Duty: Vanguard to wciąż stary, dobry CoD, ale z lekkim „twistem”. Czy warto po Vanguard sięgnąć już teraz? To zależy czego oczekujecie od gry. Jeśli jesteście sympatykami fabularnych opowieści w stylu Call of Duty, to śmiało możecie już teraz zasiąść do Vanguard, bowiem czeka na was 5-7 godzin bardzo dobrej zabawy. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku sympatyków rywalizacji PvP. Zmiany i nowości, które wprowadza Vanguard przyjemnie odświeżają rozgrywkę, ale to wciąż stary, dobry Call of Duty. Fatalnie na tym tle wypada tryb kooperacyjny poświęcony walce z zombie, który wydaje się być pusty i pozbawiony zawartości. Jeśli lubicie tego typu rozgrywkę to lepiej wstrzymać się z zakupem Vnaguard przynajmniej do początku grudnia.