Druga Grawitacja - Recenzja filmu "Niebo o północy"

Dwudziestego trzeciego grudnia odbędzie się premiera filmu „Niebo o północy” w reżyserii Georga Clooneya na platformie Netflix. Opowieść o samotnym naukowcu z globalnym ociepleniem w tle, wzruszy niejednego widza.

„W następstwie globalnej katastrofy samotny naukowiec z Arktyki pragnie jak najszybciej ostrzec grupę astronautów przed powrotem na Ziemię.”

Fantastyka naukowa, czyli po angielsku Science Fiction to gatunek literacki lub filmowy o fabule opartej na osiągnięciach nauki i techniki oraz ukazującej ich wpływ na życie jednostki lub społeczeństwa. Wydaje mi się, że wielu twórców traktuje tę definicję po macoszemu. Genialnym przykładem filmu Sci-Fi jest „Interstellar”, który poruszał realne problemy przyszłości, opowiadał o rozwiązaniach i przypuszczalnych skutkach. Film ten zaskarbił sobie ogromne grono fanów właśnie ze względu na to, że scenariusz przedstawiony w filmie jest... prawdopodobny. Niestety, „Niebo o północy” nie może pochwalić się takim zapleczem naukowym. Jedyne co ma wspólnego z nauką to postępujące globalne ocieplenie w tle. Ale od początku.

Niebo o północy

Fabuła filmu „Niebo o północy” oparta jest na książce „Dzień dobry, północy” (oryginał „Good Morning, Midnight”) pióra Lily Brooks-Dalton wydanej w Polsce w 2017 roku w tłumaczeniu Magdaleny Słysz. Powieść opowiada o dwójce badaczy, którzy zmagają się z tęsknotą i walczą o przetrwanie w odmienionym świecie. Genialny naukowiec od lat bada gwiazdy w obserwatorium na Arktyce. Pewnego dnia do jego placówki docierają informacje o katastrofie. Wszyscy muszą pilnie opuścić ośrodek badawczy, jedynie Augustine decyduje się zostać. W tym samym czasie pojazd kosmiczny z astronautką Sully na pokładzie zmierza w kierunku Ziemi. Wszystko zdaje się być w porządku, do momentu aż członkowie tracą łączność i zupełnie nie rozumieją dlaczego. Augustina i Sully łączy tęsknota, samotność, nadzieja i walka o przetrwanie. Przez całe życie uważali, że ich jedynym celem jest badanie gwiazd, jednak kiedy zostali całkiem sami, zrozumieli, że potrzebują drugiego człowieka.

Niebo o północy

Niestety, fani powieści mogą być bardzo zawiedzeni - fabuła filmu jedynie inspiruje się historią z książki, a wiele wątków zostało zmienionych i wypaczonych. W gruncie rzeczy są to dwie osobne opowieści, kładące nacisk na zupełnie inne wątki. Fabuła książki opierała się głównie na przemyśleniach bohaterów i ich wewnętrznych rozterkach. W filmie jest to oczywiście trudniejsze do zrealizowania, więc twórcy zdecydowali się skupić na historii naukowca Augustine. Fabuła filmu opowiada o mężczyźnie, który musiał zrobić wiele, by ostrzec wracających astronautów przed powrotem na Ziemię.

Niebo o północy

Film „Niebo o północy” porównałabym do „Grawitacji” z roku 2013 w reżyserii Alfonso Cuarón. Nie tylko ze względu na fabułę toczącą się trochę w kosmosie i trochę na Ziemi, ale również z powodu łączącego obie produkcje aktora. George Clooney, który w tym przypadku jest dodatkowo reżyserem, odgrywa rolę naukowca Augustine. Poziom aktorstwa jest na bardzo dobrym poziomie, co jest osiągnięciem, kiedy jest się jednocześnie aktorem i reżyserem. Ponadto, co warto podkreślić, Georga Clooneya możemy podziwiać na ekranie przez zdecydowaną większość filmu. Historia naukowca Augustine broni się sama, osobiście nie dodałabym do niej już nic więcej. Opowieść wciąga, łatwo da się w nią uwierzyć, a w niektórych momentach nawet wzruszyć i zetrzeć zagubioną łzę z kącika oka. Podobnie miało to miejsce w „Grawitacji”.

Niebo o północy

Drugą ważną postacią w filmie jest astronautka Sully, w którą wciela się Felicity Jones. Aktorka grała już w takich produkcjach jak „Siedem minut po północy” oraz „Teoria wszystkiego”, gdzie odgrywała Janę Hawking. Przyznam, że (niestety!) przez cały film widziałam nie Sully, a właśnie Jane Hawking, tyle, że we wdzianku astronautki. Obie kreacje różnią się od siebie naprawdę niewiele, co moim zdaniem działa na niekorzyść odgrywanej postaci w „Niebo o północy”. Podobny styl aktorski, te same miny i identyczna twarz spowodowały, że zupełnie nie uwierzyłam w tę postać. Osobiście miałam ten problem, że dla mnie Sully to wyrzucona w kosmos żona Hawkinga, i aż po ostatnią minutę filmu nie potrafiłam usunąć z głowy tego połączenia. Jeżeli nie mieliście przyjemności oglądać „Teorii wszystkiego” to raczej ten problem nie będzie dla Was przeszkodą. Mimo to, postać astronautki jest bardzo mało rozbudowana. Jest to jedna z wielu osób na pokładzie z przypisanym imieniem i konkretną rolą. Szkoda, bo potencjał był, tyle że nie został wykorzystany do końca.

Niebo o północy

Nie mogę nie poruszyć tematu przepięknych zdjęć nakręconych w „Niebo o północy”. Oświetlenie tylko podbijało wrażenie chłodu i zimna, które przecież towarzyszy głównemu bohaterowi, bo znajduje się na najzimniejszym kawałku Ziemi, czyli Arktyce. Kadry są czyste, wręcz nieskazitelne, co czasem przyprawiało mnie o dreszcze. Często zastanawiałam się, czy właśnie taka czeka nas przyszłość, tylko tyle po sobie zostawimy?

Niebo o północy

Podsumowując, warto obejrzeć film „Niebo o północy”, chociaż nie jest to produkcja, po której nie będziecie mogli usnąć z wrażenia. Mimo ogromnych predyspozycji do poruszenia problemu związanego z globalnym ociepleniem, o którym prac naukowych aktualnie jest na pęczki, reżyser zdecydował się na potraktowanie go jako tło do wydarzeń i nic więcej. W tej tematyce bardziej satysfakcjonujący jest film dokumentalny „Można panikować” w reżyserii Jonathana L. Ramseya o polskim profesorze Szymonie Malinowskim. Jeżeli zaś chodzi o fabułę, to jest ciekawa i w miarę spójna, a aktorsko produkcja stoi na naprawdę wysokim poziomie. Oglądając nie doświadczymy dziur fabularnych. W gruncie rzeczy trudno o to, kiedy przedstawiona jest historia jednej postaci, chociaż filmografia nie takie przypadki już przerabiała. Generalnie - nie jest źle, ale mogło być ciekawiej. Premiera filmu „Niebo o północy” będzie 23 grudnia na platformie Netflix.