No to pogadane - Recenzja filmu "Malcolm i Marie"

Piątego lutego będzie miała miejsce premiera długo oczekiwanego filmu „Malcolm i Marie” twórcy serialu „Euforia”. Niebanalna interpretacja problemów związkowych to tylko jedna z zalet produkcji, a jest ich zdecydowanie więcej.

Żeby zrozumieć z jakim filmem mamy do czynienia najpierw należy pomówić dlaczego w ogóle powstał i przez kogo został stworzony. Głównym twórcą jest Sam Levinson, który w ostatnim czasie zasłynął z przepięknego serialu „Euforia”. Niestety, epidemia koronawirusa wymusiła przerwanie prac nad większością produkcji filmowych i nie ominęło to również „Euforii”. Sam Levinson jest jednak wyjątkowo aktywnym twórcą i okres lockdownu wykorzystał na pisanie scenariusza i nagranie filmu inspirowanym relacją miłosną, która poddawana jest wielu próbom.

Malcolm i Marie

Ze względu na trudne czasy spowodowane licznymi obostrzeniami i utrudnieniami w komunikacji bezpośredniej reżyser Sam Levinson postanowił wszystkie przygotowania zredukować do minimum. Scenariusz został napisany tylko dla dwóch postaci, co z pewnością ułatwiło organizację w czasach obostrzeń. Ponadto zaoszczędził czas na castingach, bo aktorów Zendayę i Johna Dawida Washingtona niejako „zapożyczył” z innych własnych produkcji. Warto również zauważyć, sam film został nakręcony w czarno-białej kolorystyce, co pozwoliło na usprawnienie postprodukcji oraz redukcję ekipy na planie. Generalnie „Malcolm i Marie” to dowód na to, że nawet w ciężkich czasach dla środowiska artystycznego da się zrobić całkiem niezły film.

Malcolm (John David Washington) i jego dziewczyna Marie (Zendaya) wracają do domu z premiery filmu Malcolma i czekają na pierwsze recenzje krytyków. Wieczór przybiera jednak niespodziewany obrót, gdy na jaw wychodzą wcześniej niewypowiedziane na głos prawdy o ich związku, co wystawia ich miłość na próbę.

Fabuła filmu opowiada o wyjątkowej parze z wyższych sfer. Reżyser i jego partnerka wracają z premiery filmu tytułowego bohatera. Malcolm niezwykle cieszy się ze świetnie spędzonego wieczoru zwieńczonego sukcesem, a Marie zdaje się być nie w sosie. Nagle wieczór nabiera mrocznego klimatu, gdy pewne sprawy wychodzą na wierzch.

Malcolm i Marie

Generalnie podchodziłam do tego filmu dwa razy. Za pierwszym razem puściłam seans znając tylko opis produkcji. Chciałam wczuć się w sytuację widza, który ogląda ten film z marszu. Niestety, produkcja nie spełni oczekiwań osoby, która chciała po prostu zaznać jakiejś rozrywki. Bez jakiejkolwiek wiedzy na co się właściwie szykuje widz może się poczuć skonfundowany i zagubiony. Osobiście początkowo nie rozumiałam co oglądam i czekałam kiedy zacznie się akcja, a ona... zaczęła się już dawno. Gdybym przed seansem chociażby przeczytała cokolwiek o twórcach lub zaznajomiła się z historią to prawdopodobnie nie musiałabym podchodzić do oglądania drugi raz.

Malcolm i Marie

Drugie podejście było już zdecydowanie lepsze. Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę, że „Malcolm i Marie” to film przegadany w całości i skupia się on nie na akcji jako takiej, a na rozmowach dwójki głównych bohaterów. Wątki przez nich poruszane są bardzo złożone i czasem trzeba się naprawdę skupić, żeby wyciągnąć ważne niuanse i niesnaski. Przez cały seans bohaterowie dzielą się z nami (bardzo) szerokim spektrum emocji: od złości, przez głęboką rozpacz i zazdrość, aż po miłość i radość, a sinusoida uczuć jaką nam prezentują sprawia, że może zakręcić się w głowie. Ale czym innym jest związek dwójki ekscentrycznych osób jak nie właśnie karuzelą doznań.

Malcolm i Marie

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem zdolności pisarskich Sama Levinsona. Trzeba mieć nieograniczoną wyobraźnię, ogromne umiejętności i doświadczenie, żeby być w stanie napisać tak złożony scenariusz. Bo, co naprawdę ważne, przez niecałe dwie godziny widz jest świadkiem tylko i wyłącznie jednej rozmowy, która czasem zmierza w nieoczekiwanych kierunkach. Bohaterowie jednak nie skupiają się tylko i wyłącznie na nich samych, bo poza tematami związkowymi pojawiają się też rozważania nad poprawnością polityczną, poziomem krytyki filmowej oraz elementami sukcesu.

Malcolm i Marie

Pod względem aktorskim Sam Levinson nie mógł wybrać lepszych osób niż Zendaya i John David Washington. Trzeba przyznać, że pomiędzy tą dwójką jest wyjątkowo wyczuwalna chemia, a przy okazji na oboje przyjemnie się patrzy. Ma to miejsce nie tylko dlatego, że zachwycają urodą, ale są po prostu aktorami z ogromnymi umiejętnościami. Nie było ani jednej chwili, żebym wątpiła w grane przez nich postaci, a jest to nie lada sztuką biorąc pod uwagę jak bardzo są złożone.

Malcolm i Marie

Podczas pisania tej recenzji nie mogę nie wspomnieć o naprawdę udanych zdjęciach. Operator wyjątkowo dobrze wychwytywał odpowiednie kadry, a subtelne oświetlenie tylko podkreślało klimat intymności. Szczególnie zapisały mi się w pamięci kadry wykorzystujące odbicia w lustrze - z pewnością również zwrócicie na nie uwagę podczas oglądania. Dodatkowo, jak wspomniałam wyżej, decyzja o czarno-białej kolorystyce była raczej podyktowana ograniczaniem liczby członków ekipy filmowej i cięciem kosztów. Mimo to trzeba przyznać, że brak kolorów zupełnie nie jest odczuwalny i tylko dodaje uroku.

Malcolm i Marie

Podsumowując, „Malcolm i Marie” to ten rodzaj filmu, który ma rozwijać horyzonty i zmusić do pewnych przemyśleń, a nie nas bawić. Ponadto forma na jaką zdecydował się reżyser jest zdecydowanie najlepsza, bo nie ma prostszej drogi do wyjaśnienia pewnych spraw niż wprost. Dodatkowo pod względem aktorskim i operatorskim nie mam zupełnie nic do zarzucenia. Jednak tematyka jest niestety trudna. Dla niektórych rozmowy głównych bohaterów będą się raczej kojarzyć z bełkotem niedojrzałych osób niż z ciekawą dyskusją. Z tego powodu nawet jeżeli za pierwszym podejściem produkcja nie wyda nam się ciekawa to warto się przełamać i dać jej drugą szansę. Pozwoli to w pełni zapoznać się z problemami, które zaprzątały głowę Sama Levinsona w czasach pandemii koronawirusa. „Malcolm i Marie” ma premierę dzisiaj na platformie Netflix.