Prey – nowy Predator od Disney+ to prawdopodobnie najgorszy film tego roku [RECENZJA]

(fot. Disney)

W skrócie:

Prey to najnowsza odsłona serii filmów Predator. Niestety, jest również prawdopodobnie najgorszą z nich.

Zalety:

  • Predator
  • Sceny walki (z udziałem Predatora)

Wady:

  • Niewykorzystany potencjał realiów, w których osadzono film
  • Płytka i miałka fabuła
  • Niepotrzebny feministyczny manifest
  • Irytująca główna bohaterka
  • Fatalne efekty specjalne

Predator to jedna z najbardziej ikonicznych postaci kina sci-fi. Niestety, najnowsza próba „wskrzeszenia” kultowego bohatera wyszła Disney'owi bardzo kiepsko. Prey to prawdopodobnie najgorszy film tego roku.

Pierwszy Predator (z 1987 roku) po dziś dzień uchodzi za jeden z najlepszych filmów w swoim gatunku. W zasadzie nie ma się czemu dziwić, dzieło stworzone przez Johna McTiernana i braci Thomas ma wszystko – dobrą i trzymającą w napięciu historię, pełnokrwistych bohaterów, wyjątkowego antagonistę, a wszystko to okraszone znakomitymi efektami i już kultowymi dzisiaj scenami. Predator również w znakomity sposób łączył w sobie elementu horroru, sci-fi i kina akcji. Co więcej, robił to w sposób wyjątkowy i oryginalny. Sukces filmu z Arnoldem Schwarzeneggerem sprawił, że Predator stał się potężną marką. W kolejnych latach otrzymaliśmy jeszcze kilka filmów i choć niektóre z nich trzymały poziom i mogły pochwalić się gwiazdorską obsadą (m.in. Danny Glover czy Adrien Brody), to nie dorównały pierwowzorowi.

Nadzieją na lepsze jutro dla Predatora miał być film Prey, który, jak wynika z zapowiedzi, miał być powrotem „do korzeni” dla filmowej serii. Czy tak jest w rzeczywistości? Miałem już okazję obejrzeć Prey i mogę was zapewnić, że pierwsza ekranizacja Predatora wciąż pozostaje bezkonkurencyjna. Co jednak bardziej zaskakujące, wszystkie kolejne wydają się przy Prey błyszczeć. Disney przygotował nam bowiem nie horror sci-fi, a marny manifest i jeszcze gorszy slasher, bez sensu, ładu i składu, ale po kolei.

Zobacz również:

  • Disney+ - czy warto kupić? Oto kilka powodów
  • Prey, czyli Indianie i morderczy kosmita. Nowy Predator szaleje na trailerze
Prey

(fot. Disney)

Obcy vs. Indianie

Akcja Prey przenosi nas do 1719 roku, gdzie obserwujemy życie plemiona Komanczów i młodej dziewczyny imieniem Naru. Osadzenie filmu w tych dość nietypowych czasach wydawało się początkowo dobrym i ciekawym pomysłem. Niestety, z realizacją jest znacznie gorzej. Bardzo szybko bowiem okazuje się, że Naru to jedna z najbardziej irytujących bohaterek filmowych ostatnich lat. Nasza protagonista za wszelką cenę chcę bowiem udowodnić wszystkim w plemieniu, że może być tak samo dobrą łowczynią jak mężczyźni. W tym celu musi oczywiście porzucić wszystkie swoje obowiązki i wbrew zdrowemu rozsądkowi udać się samotnie na polowanie, czym ostatecznie narazi członków swojego plemienia. Samolubne i momentami idiotyczne decyzje głównej bohaterki są przez twórców filmowych najczęściej tłumaczone chęcią do niezależności i przebojowości młodej dziewczyny. Ten manifest uciemiężonej kobiety wpychanej w konkretną rolę przez otaczające ją społeczeństwo jest wyjątkowo wyraźny, jednak w Prey zrealizowany po prostu kiepsko i najzwyczajniej w świecie niepotrzebny.

Jakby tego jednak było mało, to w opozycji do wolnych i odważnych Indian zaprezentowano "typowych białych Europejczyków". W tej roli występują Francuzi, których przedstawiono jak żądnych mordu i bezwzględnych tyranów, którzy cieszą się z możliwości niesienia przemocy i tortur wszystkim napotkanym żywym istotom. Dziejowa sprawiedliwość oczywiście musi ich dosięgnąć, bo jakżeby inaczej.

Prey recenzja

Naprawdę ciężko sympatyzować z Naru (fot. Disney)

W tym całym poprawnym politycznie galimatiasie mamy jeszcze samego Predatora – potężnego obcego, któremu przyświeca jeden cel – pokonanie najpotężniejszych drapieżników na ziemi. Tu was, moi mili zaskoczę – Predator to praktycznie jedyna postać, którą nie wplątano w żadne polityczne i kulturowe manifesty. Nasz kosmiczny antagonista ma proste zasady i konsekwentnie je realizuje. Sympatyków Predatora z pewnością ucieszy fakt, że sceny z jego udziałem należą do najlepszych w filmie. Ikoniczne wyposażenie i charakterystyczne „klikanie” wydawane przez kosmicznego łowcę sprawią radość każdemu fanowi. Do tego sceny walki - ich choreografia, dynamika i brutalność sprawią, że Prey ma momenty, dla których warto się poświęcić i wytrzymać seans.

Prey recenzja

Predator to najlepszy element Prey (fot. Disney)

Prey recenzja

(fot. Disney)

Tak się nie robi współczesnych filmów sci-fi

Prey nie jest dobrym filmem, ale może jest choć dobrym, efektownym widowiskiem? Nic z tych rzeczy – na niemal każdym kroku widać „budżetowość” produkcji. Każde pojawiające się w filmie zwierze zostało stworzone w formie CGI (z małym wyjątkiem). Niestety jakość przygotowanych animacji jest bardzo niska, w pewnym momencie możemy obserwować wielkiego niedźwiedzia, który wygląda tak sztucznie, że możemy odnieść wrażenie, iż to właśnie jest istota z kosmosu, a nie Predator. Akurat o naszego łowcę zadbano zaskakująco dobrze, co sprawia, że niemal każda scena z nim w roli głównej prezentuje się bardzo dobrze. Celowo piszę „niemal” bowiem efekt niewidzialności Predatora wyglądał lepiej w oryginale z 1987 roku.

Prey recenzja

(fot. Disney)

O co chodzi z tym Prey?

Będę z wami absolutnie szczery, nie mam pojęcia komu mógłbym Prey polecić. W zasadzie chyba tylko fanom Predatora, ale to i tak pod warunkiem, że naprawdę nie mają co robić. Płytka i bezsensowna fabuła Prey, którą starano się wzbogacić pseudo-manifestem przez większość czasu irytuje, a przez resztę nudzi. Efekty specjalne przypominają budżetowe filmy bądź seriale sprzed lat. Przez dziwaczne decyzje twórców Prey to żaden horror i jeszcze gorszy film sci-fi. Jedyne co broni to „dzieło”, to sam Predator i sceny z jego udziałem. Szczególnie sceny walki mogą się podobać bowiem wypełnione są bezwzględną brutalnością, finezją i surowością. To jednak za mało, żeby „uratować” Prey.

Prey – nowy Predator od Disney+ to prawdopodobnie najgorszy film tego roku [RECENZJA]