Autowersetyzm, czyli pora kończyć

''Pamięć człowieka ma właściwości silnie wybielające. Dlatego przeszłość – choćby obiektywnie ciemna i ponura – zawsze wydaje się jaśniejsza niż teraźniejszość. Uwaga ta dotyczy nie tylko np. naszych podbojów miłosnych, ale nawet software’u, jakiego używamy. Sam często łapię się na myśli, że wszystkie odkrywcze programy już się pojawiły. Rzeczy świeże, błyskotliwe, rewolucyjne widziałem parę lat temu, a teraz spotykam tylko ich udoskonalone kopie, może trochę szybsze, trochę sprawniejsze, trochę ładniejsze, ale tylko kopie''.

''Pamięć człowieka ma właściwości silnie wybielające. Dlatego przeszłość – choćby obiektywnie ciemna i ponura – zawsze wydaje się jaśniejsza niż teraźniejszość. Uwaga ta dotyczy nie tylko np. naszych podbojów miłosnych, ale nawet software’u, jakiego używamy. Sam często łapię się na myśli, że wszystkie odkrywcze programy już się pojawiły. Rzeczy świeże, błyskotliwe, rewolucyjne widziałem parę lat temu, a teraz spotykam tylko ich udoskonalone kopie, może trochę szybsze, trochę sprawniejsze, trochę ładniejsze, ale tylko kopie''.

W ten sposób zaczynałem swój felieton dla digita kilka miesięcy temu. Ale ta myśl, że w szystko, co dobre już dawno za nami (notabene właściwa ludziom starym i stetryczałym, do których nie powinienem się chyba jeszcze zaliczać), przewijała się na tej stronie praktycznie co miesiąc, od początków mojej rubryki w digicie, a więc niemal od trzech lat. Szczerze mówiąc, czasami dziwiłem się, że redakcja nie stopuje mojego zwątpienia i defetyzmu nijak nie pasującego do pozytywistycznego wydźwięku całej gazety. Tłumaczyłem to sobie tym, że pewnie żaden z redaktorów w natłoku innych obowiązków tego nie czyta, a korekta – jeśli nawet do tej pory nie padła ofiarą racjonalizacji kosztów – pewnie nie śmie nikomu zawracać głowy taką błahostką, jaką jest krecia robota felietonisty, który nie wierzy w postęp co miesiąc ogłaszany przez redakcję.

Ja tymczasem z taką samą częstotliwością powtarzałem, trawestując Kopernika, że zła technologia wypiera technologię dobrą. Owszem, zdarzały mi się przebłyski, kiedy stwierdzałem, że nie ma złego, co by na dobre nie wyszło, jak w felietonie „Braki w inteligencji”, gdy pisałem: „Lepiej, kiedy nie dostrzegam sztucznej inteligencji wokół siebie. Wtedy wiem, że działa bez zarzutu. A inteligentny pilot, który nie nauczył się wyłączać telewizora, też ma pewną zaletę. Kiedy zasnę oglądając film, zwykle obudzę się na dźwięk muzyki przy końcowych napisach. Gdyby wszystko działało jak trzeba, telewizor już by nie grał, a ja spałbym do rana na podłodze.”

Zazwyczaj jednak nie byłem takim optymistą i próbowałem zarazić P.T. Czytelników swoimi kasandrycznymi wizjami, jak te w felietonie „Viagra wzmaga. Także bałagan”: „Trzy z czterech listów przesyłanych siecią to śmieci. Szum jest zatem mocniejszy niż informacja. A co będzie, gdy odsetek spamu przekroczy 90 proc.? A gdy od 100 proc. będzie go dzielić tylko ułamek procentu? Kto wtedy będzie mógł utrzymać porządek w swojej skrzynce? I czy poczta elektroniczna będzie wtedy jeszcze komukolwiek potrzebna? A jeśli nawet tak, to czy ktokolwiek będzie chciał utrzymywać serwery, które przekazują śmieci, a nie informacje?”

Zresztą pal licho spam, w końcu trudno się do niego przekonać i go polubić. Ale ja regularnie kopałem firmy i programy dobre, a nawet coraz lepsze: „Producenci programów usiłują zdobyć przewagę nad swoimi rywalami, rozbudowując swoje aplikacje o nowe funkcje. Każdy z nas ma pewnie ulubione narzędzie, którego używa od lat. Przyzwyczajenie robi swoje, programik w ciągu pięciu lat rozrósł się do monstrualnych rozmiarów, bo do skromnej przeglądarki grafiki dodano konwerter obsługujący 50 formatów, pisanie po krzywych, tworzenie przezroczystości i Bóg wie, co jeszcze. Dla mnie to ciągle przeglądarka grafiki, tyle że ładuje się dwa razy dłużej i zajmuje cztery razy więcej pamięci operacyjnej niż przed laty. A z dodawanych opcji nie korzystam, bo mam do tego inne programy”.

Redakcja na szczęście nie próbowała mnie przywołać do porządku przez narzucenie mi jasnej wizji postępu. W końcu felietonistom na dużo się pozwala, bo nikt ich pisaniny nie traktuje śmiertelnie poważnie. Dłużej zastanawiałem się, dlaczego nie protestują czytelnicy, którzy przecież powinni bronić się przed tym zalewem czarnowidztwa, a w lepszych miesiącach jedynie zwątpienia. Ale co się dziwić: pewnie po tej lekturze wpadają w chroniczną depresję, to jak mają myśleć o proteście.

Ktoś musiał to przeciąć. Skoro nie chciał tego zrobić nikt inny, postanowiłem zrobić to sam. I tak oto piszę pożegnalny felieton do digita.

A skoro ten ostatni felieton buduję na cytatach z tego, co do tej pory tu pisałem (co jest pomysłem formalnym zapożyczonym od innego felietonisty, o tyle interesującym, że podwajającym zawsze przecież za niską stawkę honoraryjną przez ponowne przedstawienie do wyceny fragmentów swoich wcześniejszych utworów), pozwolę sobie na sam koniec wrócić do mojego pierwszego digitowego felietonu „Dawajcie tego Schwarzeneggera”. Próbowałem w nim przewidzieć przyszłość Apple’a (co - muszę z satysfakcją przyznać - częściowo mi się udało) i jego szefa, Steve’a Jobsa. W tym przypadku moja prognoza była szczęśliwie nieostra, ale i tu mam swoją satysfakcję: „A sam Jobs? Póki co zostanie w Apple’u. Ale w kolejnych wyborach stanie do walki o fotel gubernatora Kalifornii. Tu w ostatecznym starciu zmierzy się z kandydatem republikanów Arnoldem Schwarzeneggerem...” I choć do takiego pojedynku nie doszło, Schwarzeneggera - jak się za rok miało okazać - trafnie nominowałem. Po tej odważnej prognozie politycznej następowało ostatnie zdanie, które i dziś nie straciło na aktualności, więc warto będzie jeszcze raz po nie sięgnąć: „Papier nie guma, pora kończyć”.


Zobacz również