Bulletstorm, czyli zabijaj z pomysłem - recenzja

Anomalie pogodowe są w modzie. To przyleci trąba powietrzna, to z kolei spadnie tyle śniegu, że otrzymujemy kolejną "zimę stulecia" pod rząd. Synoptycy są jednak zgodni, a tego co nastąpiło nie spodziewał się nikt. Od 25 lutego 2011 roku na całym świecie panuje Burza Kul - i nie ma zamiaru przestać.

Adrian Chmielarz, to imię i nazwisko, które ostatnimi czasy nie schodzi z ust wszystkich zamieszanych w świat gier komputerowych. Niektórzy, jak na przykład ja, pamiętają go z Tajemnicy Statuetki, pierwszej polskiej gry przygodowej z 1993 roku. Od tamtego czasu, w grach wideo przełomów nastąpiło wiele. A pan Chmielarz nie próżnował - postanowił, razem z ludźmi ze swojego studia, wymyślić całkowicie nowy sposób na przedstawienie mocno zakorzenionego na wszelkich platformach gatunku - FPS.

W końcu w strzelankach pierwszoosobowych nie ma już tej ekscytacji, żadnej świeżości. Ciągle ktoś atakuje Stany Zjednoczone na podstawie mętnych przesłanek. Amerykańskie wojska zaś, chyba tylko po to by dać przeciwnikom trochę szans, wpuszczają wroga na własne podwórko zamiast rozwiązać konflikt w ciągu piętnastu minut na morzu. Polski deweloper People Can Fly mówi tego typu rozgrywkom "nie". I mówi to stanowczo. Podczas promocji Bulletstorm, mieliśmy okazję obejrzeć Duty Calls, udaną satyrę parodiującą Call of Duty. Dowiadujemy się tam, że Ludzie Potrafiący Latać nie chcą więcej paździerzowej fabuły w kolejnym nie wyróżniającym się niczym produkcie. Najwyższy czas.

W 26 wieku na planecie Stygia rozbija się Grayson Hunt. Trafia tam również jego wieloletni przeciwnik, makiaweliczny manipulator Generał Serrano. Pierwsza scysja Hunta i Serrano datuje się na wiele lat wstecz. Generał, wykorzystując swój stopień wojskowy i elitarną jednostkę Hunta - Dead Echo - do własnych, politycznych celów, naraża się na straszny gniew komandosa. Gdy Gray odkrywa, że jego oddział jest narzędziem służącym do usuwania niewinnych ludzi, buntuje się. Jako, że jest charyzmatycznym człowiekiem, choć może też nieco niekulturalnym nieokrzesańcem, podąża za nim cały jego oddział. Po rozbiciu się o powierzchnię Stygii, Hunt i jedyny ocalały członek jego załogi - cyborg Ishi - muszą stawić czoła bandom dzikusów zamieszkujących tę planetę. Całe szczęście nie muszą tego robić sami, szybko dołącza do nich Trishka Novak, piękność o języku ostrym jak brzytwa, wyposażona w potężny karabin.

Bulletstorm - Stygia! Jak tu pięknie.

Bulletstorm - Stygia! Jak tu pięknie.

Wydawać by się mogło, że przy podejściu satyrycznym i krytykującym zastały gatunek, jakie serwuje nam Chmielarz ze swoją ekipą, otrzymamy fabułę najeżoną humorem aż do przesytu. Gdzie, niczym w kiepskim horrorze, domyślimy się gdzie, kiedy , co i jak. Nic bardziej mylnego. Fabularna strona gry trzyma w napięciu do ostatniego momentu. Mamy dzięki temu do czynienia z chęcią "pędzenia" przez grę, aby tylko dowiedzieć się co będzie dalej - coś w rodzaju słynnego syndromu, znanego z gier MMO określanego mianem "one more level". Historia naszego kosmicznego pirata zawiera również kilka niespodzianek, które zmuszają do zatrzymania się na moment i zadania sobie pytania "jak to się stało?" Ponadto cut-scenki są tak dopieszczone, że nie mamy ochoty w żadnym wypadku ich przyspieszać. Spodziewałem się, że gra będzie broniła się tylko i wyłącznie mechaniką. Jakże wielką niespodziankę sprawiła mi strona fabularna. Wreszcie gra, którą ma się ochotę przejść tak, jak czyta się zajmującą lekturę: od deski do deski.


Zobacz również