Był sobie Polak, Niemiec i Żyd

"Mięso filmu Wajdy. Mięso dosłowne, najdosłowniejsze. Mięso podskakujące w drgawkach erotycznych. Ale też mięso wylatujące w kawałkach z maszyny, która właśnie połknęła człowieka (...) Płonące mięso człowieka wyskakującego z płonącej fabryki" - pisał dwadzieścia pięć lat temu Jan Słojewski.

"Mięso filmu Wajdy. Mięso dosłowne, najdosłowniejsze. Mięso podskakujące w drgawkach erotycznych. Ale też mięso wylatujące w kawałkach z maszyny, która właśnie połknęła człowieka (...) Płonące mięso człowieka wyskakującego z płonącej fabryki" - pisał dwadzieścia pięć lat temu Jan Słojewski.

Darujmy sobie bezrefleksyjne powtarzanie za krytyką, że Ziemia obiecana to wielki epicki fresk. Spróbujmy zapomnieć o wszystkich nagrodach, jakimi wyróżniono ten film (a było ich naprawdę dużo, wśród nich te największe - "Złote Lwy" w Gdańsku, złoty medal w Moskwie, wygrana w Chicago, Valladolid, Avellino, wreszcie nominacja do Oscara). Spójrzmy na dzieło Wajdy jak na ewenement w polskim kinie, jedyny prawdziwy obraz o krwiożerczym mieście i pieniądzach, okrutne studium pewnego historycznego momentu. Mamy do czynienia z dziełem sztuki, mięsistym i brutalnym w wielu aspektach.

Seks kameralny

Nowa wersja Ziemi obiecanej nie jest remakiem. Co się zatem zmieniło? Przede wszystkim zabrakło sceny w pociągu z Kaliną Jędrusik, która specjalnie do tej roli przytyła dziesięć kilo. Niezapomniana femme fatale polskiego kina oddawała się w niej zdrożnym przyjemnościom, a młody Olbrychski prezentował tam obnażony brzuch i wiele mówiące spojrzenie. Andrzej Wajda zdecydował się na wycięcie tego fragmentu, należącego już do kanonu rodzimej obsceny, argumentując ten zabieg przesunięciem granicy wrażliwości widzów. W latach 70. podobne momenty bulwersowały publiczność i krytykę, będąc jednocześnie świadectwem odwagi reżysera. Dzisiaj, ponieważ nie robią już na nikim wrażenia, śmiało można było z nich zrezygnować. Argumentacja to dosyć wątła, o czym przekonywały głosy oburzenia zaraz po premierze jesienią 2000 r. Wielbiciele Lucy Zukerowej, wycierającej usta chusteczką w sposób nie pozostawiający wątpliwości co do natury rozgrywających się wydarzeń, byli niepocieszeni. Daniel Olbrychski także nie ukrywał swojego rozczarowania. Jego zdaniem oboje z Kaliną Jędrusik zagrali profesjonalnie i nie przekroczyli granicy wulgarności.

Przycinanie filmu do aktualnych upodobań i stanu świadomości widowni przeważającej jej części nie przypadło do gustu. Dokonywany regularnie co kilka lat lifting co większych dzieł (a tego obawiają się przeciwnicy powtórnych edycji) oznaczałby w istocie koniec jakiegokolwiek kanonu, a więc poważnego zaplecza kultury. Tradycjonaliści pytają zawsze: jeśli coś jest arcydziełem, po co wprowadzać jakiekolwiek zmiany. Sceptycy odpowiedzą zaraz: dla pieniędzy. Bez względu na opinię jednych i drugich jedno jest pewne - artysta ma prawo do swojego dzieła, a przyjęło się uznawać, że film jest przede wszystkim dziełem reżysera.

Drugą istotną zmianą, jakiej dokonał Wajda, jest zatem przeniesienie do wersji kinowej sceny z czteroodcinkowego serialu. Kilku łódzkich urzędników, wśród nich niepokorny Horn (Fronczewski), utalentowany Stein (Zelnik) i nie mający na co dzień żadnych skrupułów w wykorzystywaniu bliźnich Wilczek (w tej roli Wojciech Siemion) spotykają się u jednego z nich, by wspólnie oddawać się muzyce. Ten ludzki rys postaci, które poza tym w życiu są tylko zastępowalnymi częściami wielkiej i bezdusznej machiny, miał być jaśniejszym światłem w zasnutym dymami mieście.


Zobacz również