Canon EOS 60D - test korpusu dla zaawansowanych amatorów

Długo wyczekiwany korpus przeznaczony dla zaawansowanych amatorów w końcu się pojawił. Canon EOS 60D jako pierwsza lustrzanka Canona został wyposażony w bardzo istotny element, poprawiający ergonomię - ruchomy panel LCD. Aparat nagrywa też filmy w rozdzielczości Full HD. To naszym zdaniem główne atuty tego modelu. Niestety nie wszystkie zmiany w stosunku do poprzednika można ocenić pozytywnie.

Canon EOS 60D jest chyba jednym z najdłużej wyczekiwanych korpusów tego producenta. Zaawansowani amatorzy, bo to do nich kierowany jest dwucyfrowy model lustrzanki, czekali na następcę EOS-a 50D ponad dwa lata. To bardzo długo - na przykład "oczko" niższy model 550D pojawił się już 10 miesięcy po wprowadzeniu EOS-a 500D. Dlaczego aż tak długo trwało przygotowywanie następcy pięćdziesiątki?

Roszada na szczycie modeli amatorskich

EOS 60D, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, nie jest już najwyższym modelem z matrycą APS-C, przeznaczonym dla zaawansowanych amatorów (warto dodać, że w Polsce tej klasy modele wykorzystywane są także przez niektórych zawodowców). Tę zaszczytną rolę dokładnie od roku pełni aparat "ćwierćprofesjonalny" oznaczony jako 7D (półprofesjonalne są bowiem pełnoklatkowe EOS-y 5D).

Zobacz również:

  • Recenzja: Canon i-SENSYS MF729x

Dwucyfrowe modele stały się więc brakującym ogniwem między dobrze wyposażoną "siódemką" a stosunkowo małymi i prostymi lustrzankami trzycyfrowymi (obecnie 550D). Krok w dół, jaki wykonały w hierarchii EOS-ów, ma niestety pewne konsekwencje. Jego obudowa nie jest już jak w starszych modelach (10-50D) wykonana na mocnym, magnezowym szkielecie. Downgrade można także dostrzec w jakości plastiku, z jakiego wykonano korpus. Ale nie tylko...

Budowa

Na szczęście nie zmieniły się istotnie gabaryty dwucyfrowego aparatu Canona. Konstruktorzy, choć pozbawili cyfrówkę mocnego magnezowego szkieletu, pozostawili dobrze wyprofilowaną rękojeść, duży dodatkowy i podświetlany ekran LCD oraz wygodne drugie koło zmiany wartości znajdujące się na pleckach. To ostatnie jednak różni się zarówno od swojego odpowiednika z 50D, jak też innych stosowanych od dawna w wyższych modelach Canona. Do jego środka wbudowano bowiem czterokierunkowy wybierak ("talerzyk nawigacyjny"), który pełni rolę usuniętego minidżojstika.

Zmiana ta w naszym przekonaniu pogorszyła jakość obsługi aparatu. W EOS-ie 60D konstruktorzy zmienili także blokadę dużego koła zmiany wartości - z mechanicznej (zintegrowanej z włącznikiem aparatu) zrobiono software’ową. Koło teraz blokuje się i odblokowuje poprzez przyciśnięcie klawisza "UNLOCK". Można koło odblokować permanentnie ustawiając odpowiednią opcję w menu. Konstruktorzy zmienili także lokalizację włącznika. W EOS-ie 50D znajdował się w dobrym miejscu - mniej więcej na środku dolnej krawędzi plecek.

W EOS-ie 60D został przeniesiony na lewą stronę - znajduje się pod kołem trybów pracy. Zmiana nie jest korzystna - aparatu nie będzie można szybko uruchomić w sytuacji gdy lewą rękę będziemy mieli zajętą. W pięćdziesiątce było to możliwe.

Pozytywną zmianą jest natomiast zastosowanie (w końcu!) ruchomego panelu LCD, dzięki czemu będzie można bez trudu kadrować znad głowy lub z perspektywy żaby. Nieznacznie powiększono rozdzielczość samego ekranu - z 920 tysięcy do 1040k pikseli. Kontrola kadru jest także nieznacznie wygodniejsza dzięki powiększeniu pola krycia matówki (z 95 wzrosło ono do 96%).

Zobacz galerię zdjęć aparatu Canon EOS 60D

Warto jeszcze wspomnieć o kole trybów pracy, które zyskało mechaniczną blokadę - jeśli jej nie wciśniemy nie jest możliwe jego pokręcanie. Rozwiązanie to nie pojawia się po raz pierwszy - było już zastosowane w analogowym EOS-ie 5. Nie widzimy dużej potrzeby blokowania koła trybów - blokada tylko utrudnia szybką zmianę programu pracy. A jak ktoś się zagapi chcąc szybko ustawić właściwy tryb, może wręcz ten element zniszczyć (osobiście to uczyniłem dwukrotnie w prywatnym modelu analogowym).


Zobacz również