Co ja płacę? - czyli o współczesnych grach słów kilka

Czy kupując produkt spodziewamy się dostać go w całości, czy też otrzymać towar wybrakowany? Może to pytanie brzmi nieco dziwnie, jednak smutna rzeczywistość jest taka, że płacąc nieraz duże pieniądze, dostajemy po prostu niedoróbkę. Szczególnie widoczne jest to w grach komputerowych.

Co ja płacę?

Co ja płacę?

Z zamiarem napisania tego artykułu nosiłem się już od dawna, ale ostateczny impuls do tego dał mi niedawno tekst o powodach, dla których nie warto kupować Diablo III. Zarówno w komentarzach pod artykułem (jak też i w dyskusjach o grze na innych stronach sieci) wielu graczy używa argumentu, że to czy tamto zostanie poprawione łatką. W związku z tym rodzi się pytanie - za co ja płacę, kupując grę? Dawniej było to dość oczywiste - szedł człowiek do sklepu, kupował płytkę, wracał do domu, instalował i już. Niestety, w obecnych czasach spotykamy się z tym, że jeszcze przed premierą gry producent planuje datę wydania łatki. Czy to uczciwe?

Oczywiście, że nie! Aby zobrazować, o co mi chodzi, posłużę się analogią. Dajmy na to, że kupuję sobie "Czarny album" Metalliki. Dawniej było tak - kupuję album, wracam do domu i słucham kiedy i jak chcę każdego z dwunastu utworów. Dziś - kupuję sobie wydanie wirtualne, ściągam legalnie na swój komputer. I co się okazuje? Po pierwsze - żeby odsłuchiwać dowolnej piosenki, muszę być stale on-line (vide Diablo III). Po drugie - w niektórych utworach są defekty. Na przykład w "Of Wolf And Man" nie ma basu, zaś w "Wherever I May Roam" jest on tylko częściowo. Nie muszę chyba wyjaśniać, że przez to komfort słuchania jest mocno nadwyrężony? Wchodzę więc na stronę wydawcy, aby złożyć reklamację - może to przez przypadek takie braki tylko u mnie? - a tu widzę informację, że brakujące basy zostaną dosłane za pomocą łatki za około 30 dni. Dodatkowo za dwa miesiące wyjdzie kolejna łatka, która pogłębi mi brzmienie wokali, ponieważ aktualne brzmią dość płasko.

Diablo III

Diablo III

I tak właśnie wygląda wydawanie gier w czasach współczesnych - jeśli producent wypuści niedoróbkę, obiecuje resztę załatać patchami i fixami. W przypadku gier indie mogę to zrozumieć. Produkują je małe studia, które są często jednoosobowe, a świetna gra powstaje w chwilach wolnych od pracy. Jednak jeśli mamy do czynienia z wielkimi firmami, w których dziennie wydaje się na kawę i lunche więcej, niż wynosi przeciętna pensja w Polsce, to czy nie mamy prawa spodziewać się w pełni gotowego produktu? Powrócę przy tym do Diablo III, Blizzard doskonale zdawał sobie sprawę, jakie jest zainteresowanie tym tytułem. Wiedział także, ile osób kupiło ten tytuł w preorderze i ile będzie kluczy do wersji trial. I co? Wydali ludzie 180 PLN i rzucili się do zabawy, a tu okazało się, że serwery zostały przeciążone i co chwila wywalało rozgrywkę. Później sytuacja ta została poprawiona, ale czy takie zdarzenie powinno mieć miejsce? Nie - nie w przypadku tak wielkiego tytułu i takiej wielkiej firmy.

Civilization IV Beyond The Sword

Civilization IV Beyond The Sword

Inna sprawa to DLC do gier, czyli dodatki, które nie tylko zwiększają przyjemność zabawy, ale czasem całkowicie ją zmieniają. Szczególnie często ma to miejsce w przypadku gier strategicznych. Na przykład jedna z moich ulubionych pozycji - Civilization IV, gra doczekała się dwóch rozszerzeń. Pierwsze to "Warlords", drugie "Beyond the sword". Oba rozszerzenia całkowicie zmieniały zasady zabawy i gameplay - na przykład to drugie wprowadzało szpiegostwo, które mogło okazać się kluczem do zwycięstwa. W takim przypadku zapłacić można, jak najbardziej, choć też nasuwa się pytanie - czy nie lepiej poczekać, aż wyjdzie coś w rodzaju Complete Edition, gdzie kupimy od razu wszystkie rozszerzenia? Przecież raz już za grę zapłaciłem, a że jej producenci już po premierze wpadli na nowe pomysły - co mnie to właściwie obchodzi? Mogli przesunąć datę wydania i zaimplementować je od razu. Tylko, że... wtedy ludzie nie płaciliby za ten sam produkt trzy razy (podstawka+ 2 rozszerzenia).

STALKER - mod za darmo - STALKER - mod za darmo

STALKER - mod za darmo - STALKER - mod za darmo

Jak napisałem, że naprawdę duże DLC, które zmieniają znacząco grę, jestem gotów zapłacić. Irytują mnie natomiast naciągania graczy na - dosadnie mówiąc - duperele za dodatkową kasę. Na przykład w Battlefield: Bad Company 2 można było za niewielką opłatą dokupić sobie... nowy strój dla żołnierza. Co prawda w praktyce nic to nie dawało, ale zawsze nabywca mógł się poczuć wyróżniony. Nie dotyczy to tylko dzieła Dice - to samo obserwujemy w innych grach multiplayer, gdzie od czasu do czasu producent postanawia dorobić do budżetu i wypuszcza 2-3 nowe bronie, które może mieć każdy za niewielką sumę. Moim zdaniem to dość nie fair - przecież ja już za tą grę zapłaciłem, dlaczego więc mam łożyć dodatkowe pieniądze na elementy, które doszły w niej później? Plusem są gry, które można modować. Zdarza się czasem, że moderzy wykonają lepszą robotę niż producent, czego przykładem seria S.T.A.L.K.E.R., gdzie istnieją mody zmieniające pozytywnie zabawę naprawdę o 100% i są one do pobrania całkowicie za darmo. Natomiast w strategiach świetną rzeczą są edytory map, które pozwalają na tworzenie plansz ograniczone tylko wyobraźnią twórcy, a które następnie udostępniane są również całkowicie za darmo dla każdego. I dlatego niektóre DLC nazywam "naciąganymi" - na przykład Civilization V: Korea and Wonders of the Ancient World - to dodatek do podstawki, który wnosi jedną nową cywilizację i bonusowy scenariusz. Zasadniczo na grę nie wpływa - nie zmienia jej reguł - ale zawsze miło mieć kolejne możliwości w swojej ulubionej zabawie - i to za zaledwie 4,99 Euro.

Warlock DLC

Warlock DLC

Celem mojego tekstu nie jest czepianie się konkretnych tytułów czy firm, choć mógłbym dodać jeszcze do listy naciąganych DLC producentów Warlock: Master of the Arcane - nie minął miesiąc od premiery tego tytułu, kiedy już wyszły do niego dwa rozszerzenia (1,99 i 2,99 Euro) i sporo innych pozycji. Chodzi mi tylko o pokazanie, że producenci gier próbują wykorzystywać nas maksymalnie i najpierw płacimy za produkt niedorobiony, a potem jeszcze musimy dopłacać za elementy, które powinny być w nim od początku. Tak więc powrócę do tytułowego pytania - za co ja płacę? A odpowiedź na nie jest dość nieciekawa: za produkt prawie-kompletny. A jak wiemy, "prawie" robi wielką różnicę...


Zobacz również