DVD terapia

Drodzy moi, są dni, kiedy mam ochotę zamknąć się w domu i nie widzieć nikogo na oczy. Nie widzieć i nie słyszeć! Dzieje się tak wtedy, gdy codzienny stres osiąga granice tolerancji organizmu i ten ostatni włącza alarmowe systemy zabezpieczające. Do niedawna w takie dni najlepiej pomagała muzyka ze starannie przygotowanego terapeutycznego zestawu płyt: trochę jazzu, trochę Chopina i trochęÉ szumu morza. Przekonałem się, że to naprawdę działa.

Drodzy moi, są dni, kiedy mam ochotę zamknąć się w domu i nie widzieć nikogo na oczy. Nie widzieć i nie słyszeć! Dzieje się tak wtedy, gdy codzienny stres osiąga granice tolerancji organizmu i ten ostatni włącza alarmowe systemy zabezpieczające. Do niedawna w takie dni najlepiej pomagała muzyka ze starannie przygotowanego terapeutycznego zestawu płyt: trochę jazzu, trochę Chopina i trochę szumu morza. Przekonałem się, że to naprawdę działa.

Jeśli jednak tak skuteczną terapię można przeprowadzić za pomocą właściwie dobranych dźwięków, dlaczego by nie spróbować zaprząc do naprawiania humoru także obrazów - pomyślałem i od razu postanowiłem poszukać w sklepach czegoś odpowiedniego. Tylko co by to mogło być? Zapewne każdy z was ma swoje ulubione filmy, które może oglądać w nieskończoność, wypowiadając na głos, razem z aktorami, najlepsze kwestie. I na pewno wprowadza to was w doskonały humor, prawda?

Otóż i ja mam w pamięci wspomnienia z kina, które nieodmiennie wywołują na twarzy uśmiech. Choćby francuskie komedie z Louisem de Funes! Niby nic ważnego w historii filmu. Niby żadne perły ani zdobywcy Oscarów. A jednak komizm strojącego pocieszne miny starszego pana jest ponadczasowy: zawsze śmieszy i zawsze wywołuje podziw dla jego warsztatu aktorskiego.

Dlatego dosłownie wykrzyknąłem z radości, gdy na półce z płytami DVD spostrzegłem kilka pozycji, które składają się na "Kolekcję Louisa de Funes"! Czego tam nie ma! "Fantomas", "Fantomas powraca", "Fantomas kontra Scotland Yard" (Zygmunt Kałużyński natychmiast włączył te filmy do swojej kolekcji kryminałów), "Człowiek orkiestra", a nawet "Hibernatus".

Szczególnie ten ostatni film, opowiadający nieco absurdalną historię o znalezionym na Grenlandii zamrożonym człowieku (tytułowy hibernatus), który zostaje po 65 latach ogrzany i zupełnie bezproblemowo powraca do życia, kojarzy mi się z paroksyzmami śmiechu. Bo jednak ów powrót do życia nie okazał się zupełnie bezproblemowy: po pierwsze odmrożony młodzieniec myśli, że wciąż jest rok 1905 (film nakręcono w 1970 r.), po drugie od dawna - nic o tym ze zrozumiałych względów nie wiedząc - jest już dziadkiem kobiety, którą uparcie bierze za swoją matkę. Na dodatek jest ona żoną Louisa de Funes. Reszty możecie się domyślić.

Gdy po raz pierwszy oglądałem "Hibernatusa", miałem 13 lat. Pamiętam, że wybrałem się do nieistniejącego już warszawskiego kina "WZ" i wraz z kolegami bawiłem się świetnie. Kolejne gagi i dialogi z udziałem de Funesa przyjmowaliśmy salwami śmiechu, połączonymi z gwałtownym chwytaniem się za brzuch, podskakiwaniem na fotelu i opadaniem nań z wielkim impetem. Tak wielkim, że fotel pod moim ciężarem po prostu się złamał, a ja, rzężąc ze śmiechu, znalazłem się na podłodze.

"Hibernatus" to był najdroższy film, jaki dotychczas obejrzałem: oprócz biletu do kina musiałem bowiem przy wyjściu zapłacić jeszcze karę za zniszczenie fotela (złożyli się na nią koledzy). Ale nikt nie żałował! Siła śmiechu miała bowiem nie tylko walor kinowej demolki; okazała się także psychicznym oczyszczeniem. Kąpielą w jacuzzi, skokiem na bungi i połknięciem paru litrów tlenu w jednym.

Przypomniałem sobie to wszystko i natychmiast zgarnąłem z półki całą kolekcję de Funesa. Biegłem do domu, pędzony ciekawością: czy filmy będą jeszcze działać? Czy te trzydzieści lat, które minęły, nie odebrały im uzdrawiającej siły? Czy się zwyczajnie nie zestarzały?

Obejrzałem je, doskonałe technicznie jak nigdy (dzięki DVD), i mogę z ulgą zapewnić was, że czas oszczędził de Funesa. Jego komizm nadal można zażywać jako silne antidotum na stargane nerwy. To działa! Jeśli mi nie wierzycie, przekonajcie się sami.

Tomasz Raczek krytyk filmowy i felietonista. Z Zygmuntem Kałużyńskim stworzył duet znany z telewizji (Perły z lamusa) i rozmów drukowanych we Wprost oraz wydanych w trzech książkach: "Perły do lamusa?", "Poławiacze pereł" i "Perłowa ruletka".


Zobacz również