Dlaczego musimy chodzić do kina

Moja polonistka, zanim podjęła próbę podważenia moich aspiracji do zostania uczniem kolejnej klasy liceum ogólnokształcącego, pracowała jako operator kinowego projektora. Pracowała - to za mało powiedziane - ona była operatorem kinowym od urodzenia, a jedynie dramatyczny obrót dziejów na początku lat 80. pchnął ją do dusznej, dusznej z reguły, salki w jednym ze stołecznych Dyskusyjnych Klubów Filmowych.

Moja polonistka, zanim podjęła próbę podważenia moich aspiracji do zostania uczniem kolejnej klasy liceum ogólnokształcącego, pracowała jako operator kinowego projektora. Pracowała - to za mało powiedziane - ona była operatorem kinowym od urodzenia, a jedynie dramatyczny obrót dziejów na początku lat 80. pchnął ją do dusznej, dusznej z reguły, salki w jednym ze stołecznych Dyskusyjnych Klubów Filmowych.

O mojej polonistce, o której wiadomo było, że z racji miłości do kina i dziejowych wypadków stała się wykwalifikowanym, to znaczy posiadającym odpowiedni dokument, operatorem kinowego projektora, krążyła jeszcze jedna legenda z zupełnie innego miejsca i czasu. Rzecz dotyczyła bowiem miasta Wyszkowa, które moją polonistkę przyjęło z otwartymi rękoma jako dyplomowanego nauczyciela ze stolicy, a później tymi samymi rękami pchnęło wprost w objęcia dusznej salki projekcyjnej.

Dzisiaj z pewnością wiem, że zarówno wykłady w mieście Wyszkowie, jak i stołeczny DeKaeF nie wyszły mojej polonistce na zdrowie. Duchota salki, gdzie stał ciężki projektor, papierosowy sztynk, czyniący upał panujący w pomieszczeniu operatora podwójnie nieprzyjemnym, jak i ciężkie od 32-milimetrowej taśmy metalowe pudła na filmy, których przenoszenie, rozwieranie i ustawianie było jej służbowym obowiązkiem, musiały działać na nią destruktywnie. Dzieła zniszczenia w rozwoju osobowościowym mojej polonistki dopełniały zapewne długie godziny sam na sam z projektorem, obejrzane czy raczej podejrzane fragmenty cudzej rzeczywistości i ogólny bezsens drzemiący w rutynie wykonywanej pracy. Szybko bowiem ja, a na pewno szybciej jeszcze moja polonistka, zdaliśmy sobie sprawę, że w tym konkretnym przypadku możliwość niepłacenia za bilet wstępu do kina jest ograniczeniem wolności raczej niż wolnością samą w sobie.

Nasze pierwsze spotkanie nie było na pewno spotkaniem nauczycielki francuskiego z Tadeuszem Liberą bądź jego alter ego w smutnych czasach lat 50. Duchota salki projekcyjnej i powtarzalność seansów filmowych sprawiły zapewne, że wzajemne relacje ucięła rzeczywistość wyników egzaminu poprawkowego z języka polskiego. Co by było, zastanawiam się dziś, gdyby moja polonistka należała do rzadkiego, z racji ograniczeń finansowych, plemienia audiofilów, którzy spokój duszy odnajdują w świecie ustrojów akustycznych. Jak potoczyłyby się losy moje i losy moich kolegów, niektórych kolegów, gdyby następnym przystankiem po wyszkowskim liceum było dla mojej polonistki własnoręcznie skręcone i rozstawione domowe kino? Czy w iluzorycznym świecie wysokotonowych głośników i lśniących chromem urządzeń, dźwięków przestrzennych i wielowymiarowych znalazłyby schronienie wszystkie duchy przeszłości, które ścigały moją polonistkę od urodzenia, tropiąc ją wytrwale w korytarzach prowincjonalnego liceum i warszawskiego DeKaeFu?

Może fakt urodzenia w niewłaściwym czasie ograniczałby jej możliwości czytania instrukcji w obcych językach. Może musiałaby prosić o pomoc w rozróżnianiu końcówek poszczególnych kabli. Ale na pewno wszystkie jej frustracje, wszystkie nie spełnione plany i marzenia wchłonęłoby jednym haustem domowe kino DVD.


Zobacz również