Ill(fr)ustrator 9.0 - misja: niewykonalne

Używam Illustratora firmy Adobe od dobrych paru lat. Zawsze był to program spełniający najwyższe oczekiwania i wymagania związane z grafiką wektorową. Nie zaprzątał głowy szczególnymi problemami, można było spokojnie koncentrować się na pracy i z niedowierzaniem wysłuchiwać opowieści o kłopotach przysparzanych przez Corela na pecetach. Dlatego bez wahania zamówiłem nową, już dziewiątą, wersję Illustratora.

Używam Illustratora firmy Adobe od dobrych paru lat. Zawsze był to program spełniający najwyższe oczekiwania i wymagania związane z grafiką wektorową. Nie zaprzątał głowy szczególnymi problemami, można było spokojnie koncentrować się na pracy i z niedowierzaniem wysłuchiwać opowieści o kłopotach przysparzanych przez Corela na pecetach. Dlatego bez wahania zamówiłem nową, już dziewiątą, wersję Illustratora.

Niemały wpływ na podjęcie szybkiej decyzji miały pozytywne recenzje w zagranicznej prasie branżowej. Wieści o nowych możliwościach programu tylko zaostrzały apetyt. Napis na pudełku dumnie głosił: "Przemysłowy standard do tworzenia grafiki wektorowej na potrzeby druku i WWW". Jednak to co dostałem za niemałe pieniądze, okazało się dalekie od oczekiwań.

Do dzieła

Power Macintosh Cube, 512 MB RAM, 20 GB HD - wprost idealne warunki do rozpoczęcia pracy. Instalacja przebiegła bezproblemowo, choć trwała trochę dłużej niż przy poprzednich wersjach. Większa ilość miejsca na dysku również zbytnio nie dziwiła (91 MB w stosunku do 62 MB w wersji ósmej). Minimalne zmiany w preferencjach i program jest gotowy do pracy. Można zaczynać - z+N i otwiera się okienko; zupełnie inne. Program nie daje już wyboru standardowych formatów papieru. Trzeba je wpisać ręcznie, jak w Photoshopie, podając wartości w milimetrach. O ile w Photoshopie jest to zrozumiałe, tak tutaj trudno znaleźć sensowne uzasadnienie. W Illustratorze pracuje się raczej na standardowych formatach.

Zaczynam pracę, bo robi się późno, a złożony i pracochłonny projekt ma być gotowy na rano. Kuszony nowymi funkcjami programu, daję się ponieść wyobraźni, nowa warstwa, następna, przezroczystości, funkcje multiply i overlay. Coraz więcej warstw przenikających się wzajemnie daje świetne rezultaty wizualne. Do tej pory podobne efekty można było uzyskać jedynie przy użyciu naraz dwóch programów: Illustratora i Photoshopa. Teraz ze wszystkim radzi sobie sam Illustrator. Trudno nie być zadowolonym. Jednak radość nie trwała długo.

Siła spokoju

W miarę powstawania nowych obiektów, warstw i efektów program stawał się coraz bardziej powolny, zaczynał dziwnie reagować. Ekran odświeżał bardzo powolnie. Katastrofa, nic się nie daje zrobić, Illustrator się dusi! Przy dużych zbliżeniach na odświeżenie obrazu czeka się jak na autobus. Illustrator zachowuje się, tak jakby brakowało pamięci, co jest niemożliwe.

Dochodzę do następnego etapu projektu - wstawiam TIFF-a. Program radośnie informuje, że brakuje pamięci, aby zaimportować zdjęcie. Wyłączam go i przydzielam dodatkowe 100 MB RAM-u. Przyjął, ale, niestety, znowu potwornie zwolnił. Dysk twardy zaczął wydawać coraz głośniejsze dźwięki, jakby za chwilę miał wzbić się w powietrze. Przełączanie pomiędzy obiektami w dokumencie trwa bardzo długo. Dzieje się coś dziwnego: klikam na obiekt - dysk warczy, mija sekunda i pojawia się ramka selekcji na wybranym obiekcie.

Dysk cały czas pracuje. Wyłączam w preferencjach wygładzanie (aliasing), ale nic się nie zmienia. Przechodzę w tryb keyline (podgląd wektorowy) - jest troszkę szybciej, ale przecież nie o to chodzi. Muszę wykonać projekt w kolorze. Wracam, szukam dalej.

W tle nie pracuje żadna aplikacja. Raz po raz wyłączam program, dodaję więcej pamięci, jednak poprawy nie widać. Nawet przeniesienie zaimportowanego zdjęcia do niewidzialnej, wygaszonej warstwy nie przyspiesza pracy.

Test na tekst

Pora wstawić tekst. Po wpisaniu w blok tekstowy wyrazu zawierającego polskie znaki diakrytyczne i ręcznym rozciągnięciu, Illustrator powiela ów wyraz w liczbie pozwalającej wypełnić cały blok. Jeżeli jest to zdanie, będziemy je mieć powtórzone kilka razy, w zależności od kaprysu programu. Gdyby nie fakt, że zacząłem test programu na prawdziwym i pilnym projekcie, ubawiłbym się setnie, a tak mogłem tylko zaciskać zęby. Gdybym pracował na pececie, rozpocząłbym poszukiwania "iloveyou" albo "Romea i Julii". To jednak nie był wirus. Po zamianie tekstu na krzywe Illustrator praktycznie odmówił współpracy.

Koniec. Nic nie daje się zrobić, a efekt pracy osiągnął wraz ze zdjęciem wielkość około 100 MB. Musi być jakieś wyjście: projekt był w tym momencie prawie gotowy, pozostało go tylko zapisać. Wtedy, rezygnując z dalszych emocji, można byłoby go doszlifować w innym programie. Okazało się, że Illustrator potrzebuje prawie 15 minut na zapisanie całej pracy, pastwiąc się niemiłosiernie nad twardym dyskiem. Jak można było się spodziewać, poprzednie wersje Illustratora gubią wszelkie przezroczystości, które pieczołowicie wcześniej ustawiłem w dziewiątce. Wyeksportowałem więc projekt do Photoshopa, by tu go dokończyć. Jednak i Photoshop nie ze wszystkim dawał sobie radę: zgubił natężenia masek, a niektóre zignorował lub źle zinterpretował. W końcu udało się metodą prób i błędów wyjść z impasu. Grafika była gotowa. Skończyłem o czwartej nad ranem, a nie wieczorem. Program niejednokrotnie w trakcie tych operacji zawieszał się lub zamrażał cały system.


Zobacz również