Internet idzie na wojnę

Internet staje się miejscem prowadzenia rozgrywek wojennych, których skutki zagrażają politycznemu, a przede wszystkim ekonomicznemu bezpieczeństwu państw.

Internet staje się miejscem prowadzenia rozgrywek wojennych, których skutki zagrażają politycznemu, a przede wszystkim ekonomicznemu bezpieczeństwu państw.

Obecne konflikty polityczne i zbrojne często są uzupełniane atakami, zagrażającymi bezpieczeństwu teleinformatycznemu walczących stron. W tym roku odnotowaliśmy 2 poważne starcia: na linii Waszyngton - Pekin oraz konflikt izraelsko-palestyński. W obu przypadkach atakowano serwery rządowe, informacyjne oraz biznesowe, jednocześnie zalewając je tekstami propagandowymi. Co prawda zaatakowane instytucje nie zostały narażone na ogromne starty finansowe, łatwo jednak wyobrazić sobie zmasowany atak, w wyniku którego następuje blokada komunikacji sieciowej, serwisy e-commerce przestają funkcjonować, co zmusza wiele instytucji do poniesienia kolosalnych kosztów. Taki scenariusz cyberwojny, polegającej na destrukcji nowoczesnej gospodarki, w tym systemów bankowych i teleinformatycznych, wcale nie jest taki daleki. Internet okazuje się równie dobrym, jak konwencjonalne narzędziem strategii wojennej.

Wojny przeniesione w sieć?

Nie sposób również nie wspomnieć o cybernetycznych konsekwencjach tragicznych w skutkach ataków terrorystycznych, do których doszło na początku września w USA. Członkowie amerykańskiego Kongresu przyznali niedawno, że wojna przeciw terroryzmowi, którą rozpoczęły Stany Zjednoczone, może spowodować gwałtowny wzrost liczby cyberataków na systemy komputerowe amerykańskich firm i instytucji. Dlatego - zdaniem Kongresu - potrzebne jest podjęcie odpowiednich działań prewencyjnych, nie sprecyzowano jednak, na czym miałyby one polegać.

"Przesadą byłoby jednak twierdzenie, że Internet jest zagrożeniem" - uważa Harris Miller, szef Information Technology of America. "Ryzyko zawsze istnieje. Myślę jednak, że systemy newralgicznych dla naszego kraju instytucji są dobrze chronione" - dodaje H. Miller. Nieco gorzej wygląda - zdaniem ekspertów - sytuacja firm zajmujących się e-handlem. "Technologia wykorzystywana przez e-commerce roi się od błędów i niedopatrzeń. W ciągu ostatniego roku wykryliśmy ponad tysiąc luk w programach, mających zabezpieczać systemy komputerowe. W tym roku spodziewamy się, że przypadków takich będzie dwa razy więcej" - mówi Richard Pethia z CERT/CC.

Zagrożeniem są jednak nie tylko działania hakerów na usługach wrogiego rządu czy wadliwe oprogramowanie. Równie niebezpieczna może być ludzka ignorancja. Przykłady tego mogliśmy zaobserwować w ciągu ostatnich tygodni. Amerykańscy hakerzy zablokowali stronę internetową uznawanego przez społeczność międzynarodową prezydenta Afganistanu Burhanuddina Rabbaniego, biorąc ją omyłkowo za witrynę talibów (których "gość", Osama bin Laden, jest uznawany za inspiratora wrześniowych ataków terrorystycznych). "Drodzy goście, chcemy wam oznajmić, że ta strona nie należy do terrorystycznego reżimu talibów i (ukrywanego przez nich terrorysty) Osamy bin Ladena" - napisał administrator. Dodał również, że na adres strony w ciągu ostatnich tygodni napływały obraźliwe e-maile z USA, aż w końcu strona została zhakowana (skasowano część plików i zablokowano serwer). Administrator prosił także, by nie mylić talibów i Osamy bin Ladena z "rządem Islamskiego Państwa Afganistanu, który od sześciu lat z nimi walczy".

"Jestem przekonany, że niebezpieczeństwo jest dziś znacznie większe niż przed 11 listopada" - mówi Michael Vatis, były asystent dyrektora FBI oraz eks-szef Narodowego Centrum Ochrony Infrastruktury (NIPC). Twierdzenie to M. Vatis opiera na analizach, z których wynika, że zaostrzenie się jakiegoś konfliktu na świecie zawsze pociągało za sobą również zwiększenie liczby cyberataków między stronami konfliktu.

Informacja na wagę złota

"Wraz ze wzrostem znaczenia informacji dla funkcjonowania gospodarki i finansów państw rośnie również zapotrzebowanie na informatyzację tych żywotnych dziedzin, a co za tym idzie wzrastają również zagrożenia" - tłumaczy Robert Kośla, zastępca dyrektora Biura Bezpieczeństwa Łączności i Informatyki Urzędu Ochrony Państwa. - "Nietrudno sobie wyobrazić, jakie skutki, przy tak dużym stopniu globalizacji gospodarki i finansów, może wywołać atak na systemy teleinformatyczne, automatyzujące operacje giełdowe lub rozliczenia międzybankowe. Dochodzi do tego możliwość przeprowadzenia ataku na systemy sterowania dostawami energii elektrycznej lub systemy telekomunikacyjne, których od publicznie dostępnych sieci odłączyć się przecież nie da. Mają więc rację ci, którzy twierdzą, że kolejna wojna światowa może być wojną informatyczną". Pod pewnym względem taka wojna już trwa. "Rządy wielu krajów zatrudniają specjalistów do wykradania tajemnic przemysłowych i obronnych, rządy innych krajów tworzą odpowiednie jednostki zwalczające takie działania. Badane są możliwości zakłócania systemów łączności, sterowania satelitami" - mówi Aleksander Wierzejski, szef serwisu informacyjnego TVP. Przypomnieć warto chociażby atmosferę nerwowości, jaką w USA wywoływał eksport programów zawierających szyfrowanie wyższego stopnia.

Nie ulega wątpliwości, że informacja, która stała się już kategorią ekonomiczną, jest i będzie powodem wielu konfliktów. Ochrona danych oraz ich pozyskiwanie, często w sposób nielegalny, odgrywają kluczową rolę w nowoczesnej gospodarce. "Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że wykradanie różnego typu wiadomości to broń najskuteczniejsza, tym bardziej że wiek XXI to wiek informacji i globalnej komunikacji" - podkreśla Katarzyna Halicka z Działu Komunikacji Wirtualnej Polski. - "Manipulowanie informacją jest od lat świetnym sposobem kształtowania świadomości czy wywoływania efektu masowej psychozy lub histerii. Dziś w podstawowych dziedzinach gospodarki, takich jak banki, finanse, telekomunikacja, handel, systemy informacji stały się nadrzędne, dostęp do baz danych czy blokada systemów komputerowych mogą skutecznie sparaliżować działanie państwa czy instytucji”. Nic więc dziwnego, że sieć może być doskonałym polem do działań wojennych. Co więcej, cyberwojnę można prowadzić niezależnie od konfliktu na lądzie czy morzu i mniejszym nakładem kosztów. W przypadku takich zbrojeń nieistotny staje się sprzęt czy technologie, ale umiejętności walczących. Stąd też zwerbowanie do swoich szeregów najlepszych hakerów będzie początkiem formowania cyberarmii. Zdolności jej żołnierzy i posiadane przez nich informacje przesądzą o zwycięstwie czy porażce. "Tak jak podczas II wojny światowej ogromne znaczenie miało przejęcie panowania w powietrzu, tak obecnie, w przypadku dużego konfliktu konwencjonalnego, dojdzie zapewne do prób opanowania przestrzeni wirtualnej" - komentuje Michał Czajkowski z firmy WebStyle & TechTech.pl. - "Mieliśmy już tego preludium w postaci wojen hakerów pochodzących z nieprzyjaźnie nastawionych do siebie państw. Dzisiaj jeszcze atakowane są pojedyncze serwery, serwisy WWW, w przyszłości dojdzie zapewne do paraliżowania całych podsieci. Ataki będą bardziej przemyślane, ukierunkowane na strategiczne punkty sieci". Tego typu wojny - zdaniem Michała Brańskiego z firmy MediaOne - będą za 2, 3 lata na porządku dziennym. "Izraelczycy przeciw krajom arabskim, wojny w trójkącie Indie - Chiny - Pakistan, może Tajwan - Chiny, na pewno kraje arabskie – USA, Chiny - USA, Ameryka Łacińska - USA, Rosja - Chiny, Rosja - USA, kraje biedne z bogatymi. Każdy konflikt będzie prowokował takie starcia" - przekonuje Michał Brański.


Zobacz również