Jak Artyda z Harkonenem

Na drugą ekranizację kultowej powieści Franka Herberta musieliśmy czekać wiele lat. Nowa wersja jest blisko pięciogodzinnym miniserialem i wierną adaptacją książki.

Na drugą ekranizację kultowej powieści Franka Herberta musieliśmy czekać wiele lat. Nowa wersja jest blisko pięciogodzinnym miniserialem i wierną adaptacją książki.

Pierwszą wersję Diuny, z pamiętną rolą Kyle'a MacLachlana, w 1984 r. zrealizował David Lynch. Film kinowy miał tylu zwolenników, ilu przeciwników, ale wszyscy byli zgodni co do jednego - że nie oddawał atmosfery powieści.

Produkcję serialu rozpoczęto w 1999 r. Film kosztował 20 milionów dolarów i już w następnym roku widzowie mogli zobaczyć efekty pracy ekipy. Powstał obraz, który od samego początku był porównywany z wersją sprzed 16 lat. Nowa Diuna to przede wszystkim lepsze i ciekawsze efekty specjalne, bardziej malownicza i kolorowa sceneria, a także ponaddwukrotnie wydłużony czas trwania filmu, co umożliwiło przedstawienie pewnych wątków powieści Franka Herberta, pominiętych w poprzedniej wersji. Mało kto wie, że podczas produkcji kinowej Diuny nakręcono tyle materiału, że starczyłoby go na dwukrotnie dłuższy film. Pytanie tylko, ilu widzów wytrzymałoby cztery godziny w kinie? Oglądając serial, bardzo dobrze poznajemy dzieje Paula i jego matki, zmuszonych do opuszczenia pałacu na Arrakis i wywiezionych na pustynię przez Harkonnenów. Sceny walki o władzę nad plemionami fremeńskimi nie były łatwe do nakręcenia. Pewne ujęcia wydają się żywcem wyjęte ze starej wersji i nie chodzi bynajmniej o treść filmu zgodną z pierwowzorem, ale o sposób jego realizacji. Twórcy mieli tym razem ułatwione zadanie i w razie trudności mogli posiłkować się starszą wersją filmu.

Obraz ma - niestety - pewne mankamenty. Zmieniła się nieco atmosfera filmu, chyba jednak na gorsze. Harkonnenowie w poprzedniej wersji przerażali okrucieństwem i mrocznymi zwyczajami, teraz zaś niewiele różnią się od Atrydów. Kostiumy również są zupełnie inne, imperialni Sardałkarowie wyglądają jak banda przebierańców w rajtuzach i wielkich beretach, a nie jak nieubłagani zabójcy i elitarne siły wojskowe. W wielu scenach wyraźnie widać, że realizatorom zaczynało brakować pieniędzy i musieli nieco poskramiać swoją wyobraźnię. Z jednej strony oglądamy ciekawe wnętrza, niesamowite sceny na pustyni, z drugiej zaś słaby montaż efektów, w których na wygenerowanych komputerowo tłach występują ludzie. Wygląda to momentami bardzo sztucznie i przypomina grę komputerową ze słabą grafiką.

Zwróciłem też uwagę na niezręczne tłumaczenie pewnych kluczowych określeń, co ma swoje źródło zapewne w różnych tłumaczeniach samej książki. W starej wersji filmu wykorzystano określenia zaczerpnięte z tłumaczenia Marka Marszała, w nowej zaś częściowo z tłumaczenia Jerzego Łozińskiego. Nie ma więc Czerwi, są Piaskle, nie usłyszymy też o filtrfrakach, ale dudnik nadal pozostał dudnikiem. Te drobne nieścisłości będą przeszkadzały osobom, które widziały już wcześniej film lub czytały książkę.


Zobacz również