Jak rozpętałem II wojnę światową: Nieznane przygody Franka Dolasa

Oto produkt, który przynosi chlubę drugiej lidze gier. Wykonany z polotem i rzetelnie. W żadnym jednak razie nie należy mylić go z wielkimi produkcjami cRPG.

Oto produkt, który przynosi chlubę drugiej lidze gier. Wykonany z polotem i rzetelnie. W żadnym jednak razie nie należy mylić go z wielkimi produkcjami cRPG.

Nasza bieda nas rozgrzesza...

"Mam świadomość, że nasza nowa gra (...) nie zostanie oceniona wysoko, ale nie da się zrobić lepszej w tych warunkach, w jakich się znajdujemy" - powiedział o tym tytule Paweł Kalinowski, jeden z twórców gry, w wypowiedzi, której udzielił naszej redakcji (GameStar 03/2003). Pomijając zagadkowe "warunki, w jakich się znajdujemy" (czy Adrian Chmielarz z Painkillerem też się w nich znajduje?), faktycznie - trudno ocenić Jak rozpętałem II wojnę światową wysoko. Trudno się spodziewać hitu po grze, której sami twórcy poprzeczkę ustawili na pół gwizdka. Już zapowiedzi, z którymi miałeś okazję zapoznać się w poprzednim numerze, wskazały, że gra będzie dopracowana, ale na średnim poziomie. Czego więc w niej nie ma? Nie ma fajerwerków, nie ma mechaniki, która wciąga na długie godziny, nie ma mistycznego klimatu... Nie ma też - niestety - ciekawego scenariusza. Wszystko utknęło na poziomie zadowalającym mężczyznę w średnim wieku, który wraca po pracy do domu i chce poklikać co nieco w grę RPG. Najlepiej niezbyt angażującą emocjonalnie i taką, którą w każdej chwili będzie można wyłączyć.

Polski handel - III Rzesza

W Nowych przygodach Franka Dolasa pomieszano konwencje, świat realny z fantastyką, a nawet Monty Pythonem. Czy taka zupa może być smaczna? Pomyślcie sami.

W Nowych przygodach Franka Dolasa pomieszano konwencje, świat realny z fantastyką, a nawet Monty Pythonem. Czy taka zupa może być smaczna? Pomyślcie sami.

Nowe Przygody Franka Dolasa niewiele mają wspólnego z filmem (o czym pisaliśmy już w zapowiedzi). Ot, prowadzisz drużynę kilku facetów i wielbłąda Leona, wypełniając zlecenia i bijąc się, by uzyskać jak największą liczbę punktów doświadczenia. Czasem trafią się zagadki, czasem trzeba kogoś odpowiednio podejść, na przykład dokonując zabawnych wyborów w dialogach - "westchnąłeś ciężko" lub "westchnąłeś lekko". Sterowanie bardzo uproszczono. Nasi chłopcy mogą iść lub biegać, podróżować w szyku bądź wcale się go nie trzymać, kolekcjonować tony dostępnej broni i zbierać punkty do rozwijania umiejętności (momentami także przezabawnych). Grafika - co widać na obrazkach - nie prezentuje się rewelacyjnie, ale także nie jest skrajnie brzydka. Obiekty mają elegancko dopracowane powierzchnie - czy to stal, czy piaskowiec, czy kora drzewa. Animacja niestety kuleje, podobnie zresztą jak SI bohaterów niezależnych, których można wciągać w płomienie, bo idą za tobą w ogień jak ślepe krety. Grając w Jak rozpętałem II wojnę światową, odniosłem wrażenie, że koncepcyjnie jest to naprawdę dobry tytuł. Zabawny scenariusz, ciekawe projekty poziomów, harde dialogi, zaskakujące scenerie, prosta, chwytliwa mechanika. Po połączeniu tego wszystkiego w całość jednak... wyszło nieco gorzej.

Jakaś karafka, stary zegarek

Gra sięgnęła poziomem zaledwie popularnej u nas na początku wieku "literatury wagonowej", którą kupowało się przy wejściu do pociągu, a potem wyrzucało do kosza. Jest prosta, łatwa i przyjemna... Choć i to nie do końca. Przed wejściem do pierwszej ligi tytułów powstrzymały ją przede wszystkim prostota mechaniki i uogólnienia, jakie za sobą pociąga - rozwój postaci umieszczono w grze raczej tylko po to, aby się pośmiać, a nie po to, aby stać się lepszym. Głupota przeciwników, unikanie pojedynków przez przechodzenie z lokacji do lokacji (przeciwnicy zapominają, że na nas napadli), konieczność przemierzania dużych przestrzeni tylko po to, aby znaleźć przysłowiową nakrętkę (elementy przygodówkowe). Po wtóre: scenariusz. Natłok informacji i dowcipów w pewnej chwili staje się męczący. Owszem - założenie gry miało być takie, że radośnie się zabawisz, ale pewnie chciałbyś się wciągnąć w intrygę, utożsamić z postaciami, przeżywać ich sukcesy i porażki... Tutaj jednak ci to nie grozi. Wątki poboczne tną główną intrygę na drobniutkie kawałeczki, w końcu nie pamiętasz już po co i dlaczego wykonujesz niektóre zadania, nie wiesz co było głównym wątkiem, a co tylko pobocznym epizodem. Scenariusz wygląda zaś jak zbiór dowcipów, które śmieszyłyby pojedynczo, ale nie wówczas, gdy są opowiadane jeden po drugim. Zresztą czy nie jest to frustrujące, że ryzykujesz życiem swoich bohaterów tylko po to, aby na przykład złapać węża dla fakira? Nie czepiam się nawet logiki - niech będzie, jaka jest. Ale taka zabawa po prostu nie wciąga.

Trzeba zarobić te parę marek...

79,90 złotych za trzy płyty to niedużo. Jak na ten tytuł to jednak nieco zbyt wiele. Faktycznie - na tle polskich produkcji wygląda bardzo dobrze. Zespół założył sobie stworzenie średniego produktu i zadanie wykonał. Idealnie. Czas więc może na grę pierwszoligową. Czechom się udało, Niemcom także i Rosjanom też. Czas ćwiczyć pozytywne myślenie i unikać stwierdzeń: "Mam pewność, że nasza nowa gra (...) zostanie oceniona wysoko, bo daliśmy z siebie wszystko i idealnie ukierunkowaliśmy twórczą energię".

Średnia krajowa nam skoczyła

Ja jeszcze à propos tej średniej krajowej. Dobrze będzie, jeśli zaczniemy tworzyć choć takie gry, jak Jak rozpętałem... Z drugiej jednak strony, dotąd wszelkie próby rodzimych tytułów przebicia się do pierwszej ligi kończą się fiaskiem. Zarówno Starmageddon, jak i Chrome nie sprostały wymaganiom. Być może jest trudno, a moce przerobowe polscy twórcy mają nie takie jak trzeba, ale jednak gra jest warta świeczki. Rozumuję, że jeśli ktoś już robi te gry, to, do diabła, chce robić je jak najlepsze, prawda? No to poproszę polskich developerów o nieco wysiłku!

Miłosz "Grabarz" Brzeziński

Kolorowy zawrót głowy

Tył pudełka z grą oddaje w tym przypadku doskonale jej klimat. Zalew informacji, z których każda próbuje przekrzyczeć poprzednią. W grze jest analogicznie: bohaterowie, dowcipy, meandry fabuły - wszystko byłoby znacznie bardziej śmieszne, gdyby występowało pojedynczo. W kupie po prostu męczy. Tak jak pudełko. Sugerujemy firmie Mirage Media nieco umiaru i dystansu zarówno podczas budowania scenariusza, jak i kreowania pudełek.


Zobacz również