Kingdom Under Fire: Circle of Doom - recenzja

Rynek action rpg sprawia wrażenie dość zaniedbanego. Mało jest produkcji, które potrafią zatrzymać gracza przed monitorem na długie godziny, tak jak swego czasu potrafiła to seria Diablo. Firma Blueside postanowiła to zmienić i wydać ciekawą i urozmaiconą alternatywę dla gier z tego gatunku. Czy się to udało? Zobaczcie sami.

Przyznam szczerze, że swego czasu byłem wielkim fanem Diablo i Diablo 2. Ten niezwykle wciągający klimat action-RPG potrafił zatrzymać mnie przy monitorze na długie godziny. Niestety, żadna z późniejszych gier z gatunku hack'n'slash, nie potrafiła uczynić tego samego. Zawiedziony już dawno straciłem nadzieję, że będę miał jeszcze okazję zmarnować pół dnia na wywijanie mieczem i rzucanie potężnych czarów w hordy wrogów. Aż nagle w moje ręce trafiło szeroko reklamowane dzieło firmy Blueside - Kingdom Under Fire: Circle of Doom. Nie pozostało mi nic innego jak uruchomić Xboxa i zobaczyć czy gra jest warta świeczki.

O co właściwie chodzi?

Jako, że w RPGowych hack'n'slashach gracz ma dużo mniejszy kontakt z fabułą, niż w innych produkcjach typu Role Playing Game, wydaje mi się bardzo ważne aby chociażby na siłę uświadamiać go o celu, w jakim przedziera się przez tysiące wrogo nastawionych stworzeń. Przykładem może być tu Diablo 2, gdzie aż do znudzenia dowiadywałem się po co brnę naprzód, zarówno od NPC, jak i z długich przerywników filmowych.

Niestety w Kingdom Under Fire: Circle of Doom nie ma co szukać tego typu elementów. Włożenie płyty do czytnika nie powoduje uruchomienia wspaniałego filmu wyjaśniającego fabułę. W samej grze także musiałem się nieźle wysilać, aby uzyskać jakiekolwiek informacje o celach mojej misji.


Zobacz również